sobota, 10 września 2016

Najbardziej popieprzony sen w historii

Przy okazji przeglądania swoich starych postów na jednym forum przypomniał mi się mój jeden wpis o pewnym ciekawym śnie. Pomyślałem więc, że i tutaj się podzielę, bo historia jaka mi się wtedy przydarzyła była dość ciekawa.


No to do dzieła!
__________




Opowiem Wam historię o epickim i naprawdę mocnym śnie jaki miałem kilka dni temu, było to LD, ale jakie! Do dziś jestem pod jego wrażeniem, bo był tak masakrycznie (dosłownie) realny, że wrył mi się w pamięć dość mocno.

Na początek pytanie: ile razy udało się Wam umierać w ciągu jednego snu? Pewnie raz i się budziliście. U mnie było trochę inaczej - musiałem umrzeć jak najszybciej, żeby umrzeć mniej boleśniej i zamknąć błędny krąg.
Do rzeczy, postaram się to opowiedzieć jak najdokładniej, bo to zamotane było, a wiadomo, że sen logicznie opowiedzieć to jest sztuka. Oszczędzę jednak opisów, typu wyrywanie ze mnie flaków, czy kręgosłupa na żywca.

Pierwszy epizod: jestem w jakimś holu, na górze, to jakiś biurowiec, dużo szkła i schody (chyba ruchome) w dół. Ja jestem na jakimś 3 piętrze i wiem, że muszę dostać się na parter, by tam ochronić jakąś kobietę. Najpierw była to Naomi Watts, potem też jakaś znana kobieta. Zbiegam więc po tych schodach, mam świadomość, że przed czymś musimy uciec. Za pierwszym razem udaje mi się ją dorwać, zabieram ją, skaczemy do jakiejś niby-windy i tam utykamy, jest tam też wiele innych ludzi. Po chwili dobiegają ludzie, przed którymi wiem, że uciekamy i wiem, że nas zabiją. Za pierwszym razem jest to po strzale w glowę.



Możecie nie wierzyć, ale autentycznie czułem tą kulę w głowie, tą śmierć i byłem totalnie przerażony. Ten ból był taki...dziwny, niby nie duży, ale świadomość tego, że umierasz była bardziej bolesna. Dziwnie to opisywać, bo to nie był niby fizyczny ból (chociaż i ten był mocny), ale taki jakby bardziej duchowy, gdy czujesz, że "twoje JA" zanika, zapada się w ciemność i nicość.

Po chwili reset. Ta sama sytuacja, drugie podejście, może tym razem się uda ją uratować.
Podejść takich miałem z 5, ciągle zaczynając w tym samym miejscu, z tym samym celem i ciągle ginąć w jakiś mniej lub bardziej wymyślny sposób tam na dole. Jak w grze komputerowej - save/load, tyle tylko, że tutaj realnie. Po którejś z koleji śmierci (a bolały wszystkie), nagle ocknąłem się na jakimś odludziu w jakiejś chacie.
Od razu wiedziałem, miałem świadomość, że ludzie którzy tu są będą chcieli ponownie mnie zabić.
I tutaj dziwna sprawa - nagle zdałem sobie sprawę, że śnię i że wpadłem w pętlę snów i że za każdym razem, gdziekolwiek bym się nie "ocknął" oni będą chcieli mnie zabić i to w dość masakryczny sposób. Wiedziałem też, że po każdej mojej śmierci rozpocznie się kolejny "sen" z tym samym scenariuszem.



Pamiętam, gdy nagle byłem w scenerii rodem z filmu Hostel, wszędzie krew - ślizgałem się na tej krwi, nie mogłem ustać, tyle jej było, nagle dostałem maczetą w gardło. Realnie czułem, że umieram, czułem jak się wykrwawiam, jak znika mi świadomość.

Wierzcie lub nie, ale to było masakryczne uczucie, nie chciałem umierać, a w myślach miałem coś w stylu "a więc tak to jest jak się na śmierć wykrwawiasz..." Z każdą kolejną kroplą obraz coraz bardziej się ściemniał, trwało to chyba wieczność. Widok był makabryczny, zwłaszcza, że to była moja własna krew. BTW, krew, która wylatywała mi z tętnic na szyji była wręcz ciepła - to było tak realne, że czułem autentycznie ciepło tej krwi i coraz większe mdłości i coraz większe osłabienie w miarę, gdy coraz więcej jej wyciekało. Posoka ze mnie tryskała, z szyji, aż cała uleciała i blackout. Realizm był naprawdę niezły.



Po chwili kolejny reset, gdzieś na piętrze, wysoko dosyć, ale w pomieszczeniu i stado ludzi pędzących na mnie. Wiedziałem, że postarają się oni, aby ta kolejna śmierć była masakryczna i bolesna i postanowiłem wyskoczyć za okno, żeby zabić się szybko, bo wiedziałem, że i tak mnie zabiją, że na tym ten sen polega i wymyśliłem sobie, że skacząc przez szybę zginę szybciej, bez cierpienia. Wyskoczyłem, zbijając w locie ciałem szybę, ale...

W locie, któryś z tych ludzi złapał mnie i wciągnął spowrotem, więc próbowałem chwycić kawałek wybitej szyby, żeby szybko podciąć sobie gardło, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to czeka mnie gorsza, torturowa śmierć. Obok leżały inne trupy, wypatroszone, we krwi, wiedziałem, że i mnie to na żywca czeka.

Nie udało mi się, zabrali mi ten kawałek szkła i zabili w okrutny sposób, krew była wszędzie, znowu bolało.

Potem kolejny reset i nagle zdałem sobie sprawę, że to będzie trwać bez końca i że nigdy się z tego nie obudzę, więc zabiłem się, już nie pamiętam w jaki sposób, ale zrobiłem to i znowu "obudzilem się" w innym miejscu.

Tym razem miałem poczucie, że udało mi się "wyjść z tego koła" i już będzie spokój. Pojawiło się kilka osób, byłem pewny, że to już koniec. Nagle nas zaatakowali, ale tym razem daliśmy radę, pokonaliśmy napastników. Potem ktoś z nas powiedział, że trzeba to będzie kiedyś powtórzyć i tym razem już się naprawdę obudziłem. Czemu o tym śnie piszę? Ano dlatego, że jak żyję, to jeszcze nie zdarzyło mi się coś tam zakręconego i bolesnego, bo czułem każdą z tych śmierci i wręcz czułem jak to jest jak się umiera.

To dziwne uczucie - takie bolesne wygaszanie świadomości, okropne mdłości (!) i straszna świadomość, że "ekran ci gaśnie" i już nic z tym nie zrobisz. To było tak realne, że ten sen absolutnie ląduje u mnie w TOP10.

Gdybym policzył, zginąłem w tym śnie jakieś 40 razy, opisałem tylko w skrócie. Przeżycie 100% realne, wiedziałem potem, że to LD, ale nie mogłem się z niego "wypętlić", naprawdę powiem Wam, że ostro ryjące banię. Gdy już się NAPRAWDĘ obudziłem i doszło do mnie, że to był tylko sen, to poczułem taką ulgę jak nigdy, bo autentycznie byłem w 100% przekonany, że to będzie trwać i trwać, a ten koszmar będzie sią ciągnął nawet po obudzeniu. Wiedziałem, że tylko śnię, ale wiedziałem też, że nigdy się z tego nie obudzę. No totalny koszmar, jak w najgorszym horrorze i wręcz już prawie się zacząłem z tym faktem godzić, myśląc sobie "no to będziemy walczyć do usranej śmierci, tej lub kolejnej" i wtedy się obudziłem. Aha - i w każdym z tych "snów" miałem pamięć o wszystkich poprzednich "snach" i wszystkich śmierciach jakimi do danego czasu zginąłem. Nie wiem jak to logicznie opisać, ale wiedziałem, że to sen, jednocześnie wiedziałem, że się nigdy nie obudzę, że to będzie trwać, pomieszanie z poplątaniem, ale kto choć raz miał LD ten wie jakie to potrafi być realne i zarazem irracjonalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz