sobota, 10 września 2016

Najbardziej popieprzony sen w historii

Przy okazji przeglądania swoich starych postów na jednym forum przypomniał mi się mój jeden wpis o pewnym ciekawym śnie. Pomyślałem więc, że i tutaj się podzielę, bo historia jaka mi się wtedy przydarzyła była dość ciekawa.

No to do dzieła!
__________




Opowiem Wam historię o epickim i naprawdę mocnym śnie jaki miałem kilka dni temu, było to LD, ale jakie! Do dziś jestem pod jego wrażeniem, bo był tak masakrycznie (dosłownie) realny, że wrył mi się w pamięć dość mocno.

Na początek pytanie: ile razy udało się Wam umierać w ciągu jednego snu? Pewnie raz i się budziliście. U mnie było trochę inaczej - musiałem umrzeć jak najszybciej, żeby umrzeć mniej boleśniej i zamknąć błędny krąg.
Do rzeczy, postaram się to opowiedzieć jak najdokładniej, bo to zamotane było, a wiadomo, że sen logicznie opowiedzieć to jest sztuka. Oszczędzę jednak opisów, typu wyrywanie ze mnie flaków, czy kręgosłupa na żywca.

Pierwszy epizod: jestem w jakimś holu, na górze, to jakiś biurowiec, dużo szkła i schody (chyba ruchome) w dół. Ja jestem na jakimś 3 piętrze i wiem, że muszę dostać się na parter, by tam ochronić jakąś kobietę. Najpierw była to Naomi Watts, potem też jakaś znana kobieta. Zbiegam więc po tych schodach, mam świadomość, że przed czymś musimy uciec. Za pierwszym razem udaje mi się ją dorwać, zabieram ją, skaczemy do jakiejś niby-windy i tam utykamy, jest tam też wiele innych ludzi. Po chwili dobiegają ludzie, przed którymi wiem, że uciekamy i wiem, że nas zabiją. Za pierwszym razem jest to po strzale w glowę.



Możecie nie wierzyć, ale autentycznie czułem tą kulę w głowie, tą śmierć i byłem totalnie przerażony. Ten ból był taki...dziwny, niby nie duży, ale świadomość tego, że umierasz była bardziej bolesna. Dziwnie to opisywać, bo to nie był niby fizyczny ból (chociaż i ten był mocny), ale taki jakby bardziej duchowy, gdy czujesz, że "twoje JA" zanika, zapada się w ciemność i nicość.

Po chwili reset. Ta sama sytuacja, drugie podejście, może tym razem się uda ją uratować.
Podejść takich miałem z 5, ciągle zaczynając w tym samym miejscu, z tym samym celem i ciągle ginąć w jakiś mniej lub bardziej wymyślny sposób tam na dole. Jak w grze komputerowej - save/load, tyle tylko, że tutaj realnie. Po którejś z koleji śmierci (a bolały wszystkie), nagle ocknąłem się na jakimś odludziu w jakiejś chacie.
Od razu wiedziałem, miałem świadomość, że ludzie którzy tu są będą chcieli ponownie mnie zabić.
I tutaj dziwna sprawa - nagle zdałem sobie sprawę, że śnię i że wpadłem w pętlę snów i że za każdym razem, gdziekolwiek bym się nie "ocknął" oni będą chcieli mnie zabić i to w dość masakryczny sposób. Wiedziałem też, że po każdej mojej śmierci rozpocznie się kolejny "sen" z tym samym scenariuszem.



Pamiętam, gdy nagle byłem w scenerii rodem z filmu Hostel, wszędzie krew - ślizgałem się na tej krwi, nie mogłem ustać, tyle jej było, nagle dostałem maczetą w gardło. Realnie czułem, że umieram, czułem jak się wykrwawiam, jak znika mi świadomość.

Wierzcie lub nie, ale to było masakryczne uczucie, nie chciałem umierać, a w myślach miałem coś w stylu "a więc tak to jest jak się na śmierć wykrwawiasz..." Z każdą kolejną kroplą obraz coraz bardziej się ściemniał, trwało to chyba wieczność. Widok był makabryczny, zwłaszcza, że to była moja własna krew. BTW, krew, która wylatywała mi z tętnic na szyji była wręcz ciepła - to było tak realne, że czułem autentycznie ciepło tej krwi i coraz większe mdłości i coraz większe osłabienie w miarę, gdy coraz więcej jej wyciekało. Posoka ze mnie tryskała, z szyji, aż cała uleciała i blackout. Realizm był naprawdę niezły.



Po chwili kolejny reset, gdzieś na piętrze, wysoko dosyć, ale w pomieszczeniu i stado ludzi pędzących na mnie. Wiedziałem, że postarają się oni, aby ta kolejna śmierć była masakryczna i bolesna i postanowiłem wyskoczyć za okno, żeby zabić się szybko, bo wiedziałem, że i tak mnie zabiją, że na tym ten sen polega i wymyśliłem sobie, że skacząc przez szybę zginę szybciej, bez cierpienia. Wyskoczyłem, zbijając w locie ciałem szybę, ale...

W locie, któryś z tych ludzi złapał mnie i wciągnął spowrotem, więc próbowałem chwycić kawałek wybitej szyby, żeby szybko podciąć sobie gardło, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to czeka mnie gorsza, torturowa śmierć. Obok leżały inne trupy, wypatroszone, we krwi, wiedziałem, że i mnie to na żywca czeka.

Nie udało mi się, zabrali mi ten kawałek szkła i zabili w okrutny sposób, krew była wszędzie, znowu bolało.

Potem kolejny reset i nagle zdałem sobie sprawę, że to będzie trwać bez końca i że nigdy się z tego nie obudzę, więc zabiłem się, już nie pamiętam w jaki sposób, ale zrobiłem to i znowu "obudzilem się" w innym miejscu.

Tym razem miałem poczucie, że udało mi się "wyjść z tego koła" i już będzie spokój. Pojawiło się kilka osób, byłem pewny, że to już koniec. Nagle nas zaatakowali, ale tym razem daliśmy radę, pokonaliśmy napastników. Potem ktoś z nas powiedział, że trzeba to będzie kiedyś powtórzyć i tym razem już się naprawdę obudziłem. Czemu o tym śnie piszę? Ano dlatego, że jak żyję, to jeszcze nie zdarzyło mi się coś tam zakręconego i bolesnego, bo czułem każdą z tych śmierci i wręcz czułem jak to jest jak się umiera.

To dziwne uczucie - takie bolesne wygaszanie świadomości, okropne mdłości (!) i straszna świadomość, że "ekran ci gaśnie" i już nic z tym nie zrobisz. To było tak realne, że ten sen absolutnie ląduje u mnie w TOP10.

Gdybym policzył, zginąłem w tym śnie jakieś 40 razy, opisałem tylko w skrócie. Przeżycie 100% realne, wiedziałem potem, że to LD, ale nie mogłem się z niego "wypętlić", naprawdę powiem Wam, że ostro ryjące banię. Gdy już się NAPRAWDĘ obudziłem i doszło do mnie, że to był tylko sen, to poczułem taką ulgę jak nigdy, bo autentycznie byłem w 100% przekonany, że to będzie trwać i trwać, a ten koszmar będzie sią ciągnął nawet po obudzeniu. Wiedziałem, że tylko śnię, ale wiedziałem też, że nigdy się z tego nie obudzę. No totalny koszmar, jak w najgorszym horrorze i wręcz już prawie się zacząłem z tym faktem godzić, myśląc sobie "no to będziemy walczyć do usranej śmierci, tej lub kolejnej" i wtedy się obudziłem. Aha - i w każdym z tych "snów" miałem pamięć o wszystkich poprzednich "snach" i wszystkich śmierciach jakimi do danego czasu zginąłem. Nie wiem jak to logicznie opisać, ale wiedziałem, że to sen, jednocześnie wiedziałem, że się nigdy nie obudzę, że to będzie trwać, pomieszanie z poplątaniem, ale kto choć raz miał LD ten wie jakie to potrafi być realne i zarazem irracjonalne.

piątek, 27 lutego 2015

Alien 5 nadchodzi!

Wytwórnia FOX oficjalnie potwierdziła bardzo dobrą wiadomość - otóż po roku rozmów, dogadali się z pewnym jegomościem, którego możecie kojarzyć z dwóch rzeczy - z dziwnego w wymowie nazwiska, oraz z doskonałego filmu "District 9". Neill Blomkamp (reżyser Dystryktu 9 i Elysium) kręci Aliena 5, producentem jest Ridley Scott. Info potwierdzone przez wytwórnię FOX. Zagra Sigourney Weaver, też już potwierdzone. Akcja będzie dziać się po "Aliens", a część trzecia i czwarta pójdą w zapomnienie (Michael Biehn/Hicks na grafice koncepcyjnej) - też już zaklepane. No cholera, żyć nie umierać i czekać! Poniżej grafiki koncepcyjne, co ciekawe - narysowane przez samego Blomkampa, ma facet talent i jak widać czuje się w klimatach Obcych jak w domu. Premiera: 2017
Sigourney Weaver (Ripley) i Michael Biehn (Hicks) - OH YEAHHHH!!!!! Kupuję w ciemno.









Egzekucja Kamila Durczoka

Z góry zaznaczam, że nie jestem sympatykiem TVN-u, nie głosowałem na PO i średnio lubię pana Durczoka, ale...
W tej sprawie śmierdzi mi cała masa rzeczy, a jako iż facet został zlińczowany przez media, a jego kariera jest już definitywnie skończona, to czuję się w obowiązku o tym napisać, bo mnie osobiście martwi co to się w tej Polsce wyrabia i w jaki sposób można z dnia na dzień zniszczyć człowieka. Sprawa pierwsza - kim jest Kamil Durczok? To dziennikarz TVN-u, wcześniej TVP - obecnie (znaczy już nie) szef Faktów w TVN24. Wg redaktorów z tygodnika "Wprost" został przyłapany, gdy uciekał z wynajmowanego mieszkania, w którym to mieszkaniu znaleziono cały pakiet ciekawych rzeczy, w tym narkotyki, gumowe lalki i porno z koniem w roli głównej. Tydzień później Wprost wysmarowało artykuł, że Durczok molestował seksualnie swoje pracownice, na co niby dowodem ma być jedna z nich - anonimowa informatorka, której nikt poza redaktorem "Wprost" na oczy nie widział. Sprawa jest tak absurdalna i jest w niej tyle dziwnych, nierealnych wręcz rzeczy, że aż strach.

Dla jeszcze nie kumatych, tak to ten człowiek od upierdolonego stołu:

Swego czasu sławny film, ale proszę mi powiedzieć, kto nigdy w pracy nie był na coś wkurwiony i nie wybuchł. Każdy ma takie akcje, a że akurat przypadkiem Durczoka nagrano, a nie innego Kowalskiego, to nagle zrobiono z tego hit internetów. Smutne to, ale taki jest świat - gdy na ulicy przewraca się stara babcia, nikt nawet nie podejdzie i nie pomoże się podnieść, ale gdy na koncercie ze schodów spada Madonna, nagle wszystkie dzienniki świata zamieszczają o tym informacje. Taki świat. Niestety.

Redakcja tygodnika "Wprost" (którego to naczelnym jest niejaki pan Latkowski - bardzo wątpliwa persona)  udostępniła takie to oto "materiały" z rzekomo odwiedzanego przez Durczoka mieszkania:

(zdjęcia zrobione MIESIĄC po tym jak przyłapano tam Durczoka, miesiąc!)





(klik, aby powiększyć)


Wśród "gadżetów" znajdują się gumowe lale, alkohol, biały proszek (amfetamina/kokaina?), torebki po działkach, zoofilskie pornosy, list ze Skarbowego (po co nosić ze sobą list z US sprzed paru lat?), notatki do "Faktów" i wiele innych "kontrowersyjnych" materiałów. Dziwi jedynie brak saletry i wydrukowanych instrukcji na produkcję bomb.

Do czego zmierzam? Żeby bardziej wprowadzić w temat, zacytuję tutaj sam siebie, wpis jakiego dokonałem na jednym z for internetowych:
"Wierzy ktoś w całą ta szopkę? Osobiście jakoś Durczoka sympatią nie darzę, lubiłem go jak pracował w TVP, przestałem, gdy odszedł do TVN, ale szanowałem go mimo wszystko jako dziennikarza. I oto nagle, w momencie, gdy TVN zostaje sprzedawane, dziwnym trafem wybucha afera z Durczokiem, a akcje TVN-u lecą na łeb na szyje. To jedno. Drugim dziwnym trafem - mają miejsce 2 włamania do domu Durczoka (potwierdzone przez policję), gdzie w jednym ginie m.in. laptop znaleziony w rzekomym wynajętym mieszkaniu. Kolejnym dziwnym trafem Durczok kilka dni wcześniej ostro na antenie wyłamuje się z szeregu i krytykuje rząd w sprawie górników (sam jest ślązakiem). Jeszcze innym dziwnym trafem miesiące wcześniej jako jedyny z ekipy dziennikarzy zadaje nowej pani premier rząd niewygodnych pytań, podczas gdy reszta pyta o jakieś banały. Kopacz wkoorwiona. I dziwnym trafem teraz dzieje się ta cała afera.

Nie wiem jak wy, ale ja w te rewelacje o Durczoku nie wierzyłem od samego początku. Że narkotyki - co z tego, nawet policja potwierdza, że dowodów brak, poza tym że śladowe ilości. Ja lubię się napić, żeby się odstresować, Durczok mógł sobie wciągnąć - jego PRYWATNA sprawa. Molestowanie w pracy? I znowu - wg policji nikt, abslutnie NIKT nie zgłosił się do nich w takiej sprawie, a Wprost swojego świadka określa jako "anonimowy". Koledzy Durczoka zaprzeczają wszystkim rewelacjom. Mobbing w pracy? W obecnych czasach, kobieta może oskarżyć faceta o wszystko, nawet o krzywe spojrzenie, a sąd uzna to za mobbing. Znam takie przypadki, bo tak moja znajoma załatwiła swojego szefa, mimo iż był niewinny. Więc się pytam - kto za tym stoi?"

Sam Durczok na antenie radia TOK FM, dzień po publikacji "Wprost" bronił się tak:
Widać, że facet załamany całą tą sprawą, łamiący się głos - nie ma tu nic z przebojowego dziennikarza, nie trzeba być psychologiem, żeby stwierdzić, że facet psychicznie wygląda marnie.

Jak napisałem - faceta nie lubię, ale szkoda mi go, bo wszystko na co pracował latami, cała jego kariera jest już skończona i to w najgorszy z możliwych sposobów. Facet jest już medialnie skończony, a dla dziennikarza to śmierć. Komuś Durczok nie pasował, pytaniem jest - komu?"

To tak tytułem wprowadzenia, żeby było jasne jakie jest mniej więcej moje zdanie, a teraz do rzeczy: Moim zdaniem komuś ewidentnie zależy na odsunięciu Durczoka. Nie wiem komu, ale moim zdaniem podpadł komuś "na górze", a świadczyć o tym mogą jego ostatnie krytyczne wypowiedzi o premier Kopacz i generalnie o kondycji polskiego rządu. Jak wiadomo TVN to stacja typowo pro-PO, stojąca murem za rządem, lecz w ostatnich tygodniach Durczok zaczął się lekko wyrywać z tego schematu. Być może przez to, że jako katowiczanin postawił się murem za górnikami, za swoimi rodzinnymi stronami. Nie wiem, nie mnie to oceniać, jakie miał pobudki, ale "faktem" jest, że trochę wyrwał się ostatnio z tłumu i w pro-rządowskiej stacji zaczął przedstawiać anty-rządowe podejście. Przy okazji przypomina mi się wywiad z najsłynniejszym bodajże świadkiem koronnym w Polsce, czyli tzw. Masą. Facet powiedział mniej więcej takie słowa (zapytany o to, kogo najbardziej się boi i dlaczego rządu):

"Nie boję się gangsterów, boję się jedynie prawdziwej mafii - tej w garniturach, zasiadającej na stołkach, bo nasza "mafia" to jest nic w porównaniu z tym co dzieje się "na górze" i nie mam zamiaru na ten temat rozmawiać, bo chcę żyć."

Przypomniał mi się też jakiś stary artykuł, lub książka o służbach, w której pisano mniej więcej: 
"Dzisiaj nie morduje się niewygodnych ludzi, bo jest zbyt wielki szum i burza wśród społeczeństwa, dzisiaj robi się to tak, że społeczeństwo samo zniszczy naszego decydenta".

Czy to nie pasuje do działania odnośnie Durczoka i wielu innych przed nim i zapewne po nim? Owszem - pasuje, bo tak teraz to się załatwia. Niszczy się człowieka medialnie, a społeczeństwo samo dokonuje linczu. A jak najprościej zniszczyć dziennikarza? Zabić jego wiarygodność. Czekam jedynie na kolejny artykuł "Wprost", w którym to Durczok będzie winien molestowania 13-latki. Bo temat "zły" dla społeczeńtwa, więc jeśli nie wystarczą argumenty o narkotyki i mobbing, to sięgną po cięższe działa. Byle by tylko trafić w temat, który dla większości społeczeństwa jest "ble i tak dalej". Proste i logiczne. Tak to działa.

Ja się pytam - co z tą Polską? Bo o Durczoka nie pytam.
Moim zdaniem facet zwyczajnie zaczął się stawiać, nadepnął na odcisk komuś "na górze" i o to efekty, zapłacił za to ogromną cenę. Jest skończony. Swoją drogą to też świadczy o kondycji psychiki tłumu - społeczeństwa. Facet nawet o nic nie oskarżony - ani prokuratura, ani policja nie mają ku niemu żadnych zarzutów, co sami OFICJALNIE głośno potwierdzają, natomiast głupia gazeta, prowadzona przez niespełna rozumu redaktorzynę zrobiła szopkę, która sprawiła, że cała Polska spaliła z miejsca Durczoka na stosie.
I naprawdę szkoda mi faceta, mimo iż nie darzę go zbytnią sympatią i uważam, że święty nie jest (a kto z nas jest święty? - ja bynajmniej nie jestem). Zniszczyli gościa, bo zwyczajnie chcieli go zniszczyć. Seryjny samobójca poszedł w odstawkę, teraz robi się to TAK.

Podsumowując:
Nie oceniam Durczoka, bo mogę się mylić, ale moim zdaniem cała ta afera jest grubymi nićmi szyta.
Jestem ciekaw dalszego rozwoju tej sprawy i co z tego wyniknie.
Durczok jest już spalony i skończony i nawet oficjalne przyznanie się do tego, że "sorry, pomyłka, Kamil jest niewinny" niczego nie zmieni. Szkoda chłopa i trzymam za niego kciuki tak naprawdę, bo tutaj chodzi o Polskę i całe te chore układy, a nie o to, czy się kogoś lubi, czy nie lubi.
I jako zagorzały przeciwnik TVN-u, nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek napiszę takie zdanie, ale:

TAK, jestem po stronie Durczoka.


sobota, 1 listopada 2014

Kobiety Jacka Bauera

Z góry zaznaczam, że tekst będzie pełny spojlerów, więc jeśli ktoś nie oglądał wszystkich 9 sezonów "24", niech nie czyta, bo popsuje sobie zabawę.

Co mnie skłoniło do napisania tego artykułu? Ano kilka spraw - pierwsza: zrobiłem sobie niezły maraton oglądając wszystkie 9 sezonów po kolei, a trzeba zaznaczyć, że każdy sezon składa się z 24 odcinków (poza ostatnim, który "trwa" 12 godzin). Suma godzin spędzonych z tym filmem więc jest dośc imponująca, bo wychodzi mi, że spędziłem ponad 150 godzin na oglądaniu Jacka Bauera w akcji.

A kim jest Jack Bauer? W skrócie - to jednoosobowy oddział komandosów. John McClane, James Bond, Jason Bourne i MacGyver razem wzięci plus jeszcze coś innego, czego nie znajdziecie w innych filmach - dramatyzm. Dokładnie - dramatyzm - bo Bauer to nie mięśniak pokroju Schwarzeneggera, nie cwaniak pokroju Willisa i nie przystojniak pokroju Bonda. To postać tragiczna. I to między innymi mnie w tym serialu tak bardzo urzekło. Jack Bauer to jednoosobowe komando, ale jednocześnie człowiek z  krwi i kości, który jest zwyczajnie LUDZKI. Jackowi na ekranie nie kibicuje się dlatego, że jest niesamowicie wyszkolonym byłym komandosem, lecz dlatego, że jest to normalny facet, któremu przytrafiają się dziwne, zazwyczaj tragiczne rzeczy.



Przyznam się bez bicia, że nie obejrzałem ani jednego odcinka "24" w czasie, gdy leciał on w TV. Czekałem aż do teraz, żeby odpalić sobie całóść, od początku do końca. I odpaliłem. Szczerze mówiąc, tak mnie to wciągnęło, że nie widziałem świata poza tym serialem. Żyłem tym przez długi czas, a postać Jacka sprawiła, że uzyskałem nowego idola, co nie zdarzyło mi się chyba od ponad 20 lat. Przyznam się też bez tortur, że było mi naprawdę smutno, gdy cała ta przygoda się skończyła i obejrzałem ostatni odcinek ostatniego sezonu. Nie dlatego, że był zły, bo przeciwnie, lecz dlatego, że to już koniec. Przykro mi się zrobiło na myśl, że to koniec historii. Po ponad 150 godzinnym seansie filmowym człowiek jednak utożsamia się z bohaterem. I choć niektóre serie przyprawiały o WTF na ustach, to jednak oglądałem to z niesamowitą pasją, bo po prostu pokochałem postać jaką stworzył Sutherland. Może to brzmi gejowsko, ale taka jest prawda - zwyczajnie uwielbiam tego faceta. Ale nie o facetach to artykuł, lecz o kobietach, więc zaczynamy.

Oglądając "24" sezon po sezonie na oczy rzuca się pewna przypadłość, w którą poszli scenarzyści.
Mianowicie - kobiety. Bo kobiety w tym filmie dzielą się na dwa obozy. Pierwszym obozem są kobiety, które Jack kocha i które zazwyczaj kończą marnie. Drugim - zdrajczynie. Oglądając "24" człowiek nie może oprzeć się wrażeniu, iż to właśnie kobiety pełnią w tym filmie głowną rolę - niestety negatywną. Pomijając prezydenta Logana i agenta FBI z ostatniego sezony - to właśnie kobiety stoją w tym serialu za wszelakim złem. Dla mnie jako faceta, jest to fakt dość przerażający, bo owe postacie zostały zagrane wręcz koncertowo i od strony psychologicznej wręcz prawie idealnie (pomijając parę faktów). I o tych właśnie kobietach chciałbym napisać:

Nina Myers
Jak dla mnie postać numer 1 w tym serialu. To co zrobiła ta aktorka zasługuje na najwyższe uznanie. Wiele filmów w życiu widziałem, ale takiego czarnego charakteru w wykonaniu kobiety jeszcze nie widziałem. Nina to zło w najczystrzej postaci, demon w sukience, megainteligentna maszyna ubrana w ładną buźkę. Postać Niny jest dla mnie filmowym fenomenem, czymś co naprawdę po części na chwilę potrafiło zaorać mi psychikę. Gdy ta kobieta pojawiała się na ekranie, to cały ekran był praktycznie jej własnością. Postać przerażająca, ale i tak niesamowicie fascynująca, że klękam zarówno przed scenarzystami jak i przed nią samą. Prawdziwy fenomen jak dla mnie jeśli chodzi o kobiece czarne charaktery w filmach. Za każdym razem, gdy Nina pojawiała się na ekranie, tuż po pierwszym sezonie, ja dosłownie zamierałem na chwilę. Wielkie brawa dla scenarzystów i dla samej Sarah Clarke, bo przeszła samą siebie na ekranie! To chyba jedyna filmowa kobieca postać, której autentycznie życzyłem bolesnej śmierci na ekranie za to co zrobiła w ostatnim odcinku 1 sezonu.


Dana Walsh
To zupełnie inna postać. Nie do końca zła, powiedziałbym bardziej, że zagubiona. Uśpiona agentka rosyjskiego wywiadu, ale nie taka do końca zła. Nie zrobiła na mnie jednak wrażenia, tak jak Nina. Była zbyt prosta psychologicznie, w przeciwieństwie do Niny. I nie wydaje mi się, żeby zasługiwała na więcej tekstu. Szczerze mówiąc, mało ta aktorka, odgrywająca tą postać do mnie przemówiła, a może to dlatego, że bardziej kojarzę ją z "Bękartów wojny". Miała kilka fajnych momentów, które zagrała koncertowo, ale do postaci Niny nawet nie ma startu.

Audrey Heller
Ta postać jest za to czymś innym. To najbardziej pozytywna osoba jaka przewija się przez ten serial. Postać Audrey jest tak można rzeć "anielska" jak tylko może być. Audrey to anioł w kobiecej skórze i było mi cholernie przykro, gdy ta niewinna dziewczyna umarła w ostatnim odcinku. Prawie się popłakałem, gdy ona umarła. Tak bardzo mocno zżyłem się z tym serialem. Jedynym pozytywem jej śmierci była jednak vendetta Jacka, który gdy się o tym dowiedział, to zamienił się przez moment w maszynę do zabijania. Fajnie było zobaczyć takiego Jacka, zdesperowanego, tak jak w pierwszym sezonie, w ostatnim odcinku, gdy oszukany przez Ninę wkroczył do akcji mająć świadomość, że zabili jego córkę. W dodatku Kim Raver, która grała tą postać jest niesamowicie przepiękną kobiętą, przynajmniej jak dla mnie. 

Chloe O'Brian
Z tą postacią mam ciekawą sprawę. Otóż, na początku jej totalnie nie lubiłem. A z każdym kolejnym odcinkiem to "nielubienie" przechodziło w coraz to większą sympatię. Bardzo fajna postać, niesamowicie pozytywna no i jakby nie patrzeć - jedyna osoba, której Bauer mógł w tym filmie ufać. Najbardziej "nieskażona przez system" w tym filmie. Trochę rozśmieszyła mnie w ostatnim sezonie, gdy była ucharakteryzowana ala "Dziewczyna z tatuażem", ale i tak ją lubię.

I na tym zakończę, choć chciałbym się rozpisać.
I tak łagodnie to opisałem, dałem pół-na-pół - podsumowałem dwie złe femme-fatale i dwie dobre, żeby była równowaga.
Tak, czy siak, jeśli ktoś nie oglądał jeszcze "24" to polecam gorąco, szczególnie pierwszy sezon, gdy można zapoznać się z Niną. Ten serial, pomijając idiotyzmy, typu "hackowanie na ekranie" jest jak dla mnie serialem idealnym i kawałkiem naprawdę dobrego kina. Kto nie oglądał - zazdroszczę, bo osobiście chciałbym to wszystko obejrzeć znowu od początku, nie mając w pamięci faktu, że już to oglądałem.

Tym razem nie oceniam, bo skali mi brakuje. Tak kapitalny jest to serial.
A Keifer Sutherland już na amen jest u mnie zaszufladkowany jako Jack Bauer. Tak dobra to była rola. "24 godziny" to nie film/serial akcji, to dramat opowiadający o jednym człowieku. Akcja w tym serialu jest jedynie spoiwem. W rzeczywistości ten film jest o zupełnie czymś innym.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Makabryczne zabójstwo Sharon Tate

Za miesiąc - 9 sierpnia będzie 45 rocznica masakrycznego zabójstwa byłej żony Romana Polańskiego - zabójstwa, które pod koniec lat 60-tych wstrząsnęło Ameryką i całym Hollywood.
Sharon Tate, 1967r

Dokładnie 9 sierpnia 1969 roku banda maniakalnego Charlesa Mansona wtargnęła do rezydencji Romana Polańskiego znajdującej się w Beverly Hills w stanie Kalifornia. Tego feralnego dnia Tate miała spotkanie w gronie przyjaciół, natomiast jej mąż przebywał w tym czasie w Londynie. Po wieczorze spędzonym w klubie, wszyscy przyjaciele postanowili wrócić do rezydencji Tate i Polańskiego, aby tam dokończyć imprezę.

Była to ich ostatnia w życiu impreza.
Wszyscy oni nie wiedzieli wtedy jednak jeszcze, że tej nocy czeka na nich najprawdziwszy horror.


Około północy - grupa dowodzona przez niejakiego Charlesa Mansona postanowiła urządzić sobie zbiorowy mord - na celownik padła niefortunnie willa Polańskiego.

Sharon Tate, 1967r
w filmie "Dolina lalek"
Prawdopodobnie pierwszą ofiarą był przyjaciel Sharon - niejaki Steven Parent, którego zwłoki zostały znalezione w samochodzie stojącym na podjeździe do rezydencji. Został zastrzelony. Przed domem znaleziono również kolejne dwa ciała - wspólnego przyjaciela Tate i Polańskiego - niejakiego Wojciecha Frykowskiego, oraz zwłoki jej dobrej przyjaciółki - Abigail Folger. Oba ciała z ranami kłutymi pochodzącymi od noża. Zostali zarżnięci. Największa makabra czekała jednak w murach rezydencji. Zwłoki Sharon zostały odkryte przez pokojówkę, która następnego dnia, niczego nie świadoma przyszła do pracy.

Ciała Tate i jej kolegi - Jaya Sebringa znaleziono powieszone w środku domu. Oboje mieli przewiązany przez szyje długi sznur zarzucony na wiszącą wysoko belkę. Ciała były zmasakrowane. To była rzeź. Tate była dosłownie rozpruta - w jej ciele znaleziono aż szesnaście ran kłutych, z czego wg koronera pięć było śmiertelnych. 

Sharon Tate, 1966r
Tate była wtedy w zaawansowanej ciąży - do porodu dzieliły ją niespełna 2 tygodnie. Jak można sobie wyobrazić, zginęli wtedy zarówno Sharon jak i jej nienarodzone jeszcze dziecko. Całe to niesamowicie brutalne morderstwo wstrząsneło wtedy całą opinią publiczną Ameryki i jak można się domyślić - samym Polańskim, który długo po tym mordzie dochodził do siebie psychicznie. Pierwotnie o mord policja podejrzewała zarządcę rezydencji, w której Tate mieszkała z Polańskim. On jako jedyny uszedł wtedy z życiem. Po przesłuchaniu okazało się jednak, że domek w którym mieszkał znajdował się w miejscu oddalonym od miejsca zbrodni i po sprawdzeniu jego wiarygodności za pomocą wariografu został on zwolniony z podejrzeń. W Hollywood zapadła groza - jak można przeczytać w źródłach wiele osób wyprowadziło się z dzielnicy, a ci którzy pozostali zostali ogarnięci przez ogromny strach. Sam Polański przyznawał, że nigdy nie poczuje się spokojnie, zanim sprawcy nie zostaną ujęci.


Sharon Tate, 1967r
Samych sprawców udało się ująć przypadkiem. Niejaka Susan Atkins, odsiadująca karę więzienia za kradzieże samochodów oraz podejrzana o udział w sekcie Mansona i o zabójstwo niejakiego Garyego Hinmana zwierzyła się sąsiadce z celi, że brała udział w zabójstwie Sharon. Wsypała też wszystkich wspólników, czego wynikiem było postawienie całej grupy w stan oskarżenia. Jak się okazało, dzień po zabójstwie Tate grupa Mansona dokonała jeszcze jednego, podobnego mordu w niedalekiej okolicy. To jednak nie ona "wsypała" Mansona, gdyż przed sądem wycofała swoje zeznania. Zeznania obciążające Mansona i innych członków złożyła inna członkini sekty - niejaka Lindy Kasabian. Dzięki jej zeznaniom skazano wszystkich członków grupy - Charlesa Mansona, Charlesa Watsona, Patricię Krenwinkiel oraz Susan Atkins - na wyroki kary śmierci. Kar tych nie wykonano, gdyż wyrokiem Sądu Najwyższego zostały one zamienione na kary dożywotniego więzienia.


Sharon Tate, 1967r w filmie
"Nieustraszeni pogromcy wampirów"
Romana Polańskiego
Jak pisze Wikipedia:
"Zeznania Kasabian i Atkins po raz pierwszy ukazały opinii publicznej w pełnym wymiarze makabryczne wypadki tamtej nocy. Przedostawszy się przez okalające posesję ogrodzenie, napastnicy natknęli się na Stevena Parenta, który w swoim samochodzie zmierzał do bramy wyjazdowej. Watson ruszył w stronę nadjeżdżającego pojazdu i polecił mu się zatrzymać. Parent usiłował prosić, by Watson nie robił mu krzywdy, zapewniając, że nic nikomu nie powie, ten zaś w odpowiedzi ciął go nożem i czterokrotnie strzelił do niego z rewolweru. Następnie Watson kazał Kasabian pozostać na zewnątrz i pilnować, podczas gdy reszta grupy wtargnęła do domu. Czworo znajdujących się wewnątrz osób zostało zgromadzonych razem w pokoju gościnnym, gdzie, zastraszeni bronią, dali się częściowo związać razem jednym sznurem. Kiedy Watson zarządził, żeby położyli się wszyscy na brzuchu, Jay Sebring zaczął domagać się od napastników, aby mieli wzgląd na brzemienność Tate i nie robili jej krzywdy, w reakcji na co Watson strzelił do niego z rewolweru. W powstałym zamieszaniu Wojciechowi Frykowskiemu i Abigail Folger udało się wyzwolić i każde z nich z osobna rzuciło się do ucieczki. Wcześniej ranieni, oboje zostali jednak prędko doścignięci i zabici przez Watsona i Krenwinkel na trawniku przed domem.

Tate błagała o ocalenie jej dziecka: próbowała uprosić prześladowców, by zabrali ją ze sobą i odczekali z zabiciem do czasu, aż urodzi. Atkins miała jej wówczas oznajmić, iż nie ma dla niej żadnej litości. Następnie, wedle jednej z wersji zeznań Atkins, ona i Watson wespół zadźgali Tate na śmierć nożami. Na końcowym etapie procesu, Atkins zeznała, że zaczęła dźgać Tate, bo miała dość dalszego wysłuchiwania jej powtarzanych w kółko i bez przerwy próśb i błagań. Zgodnie jednak z opisem wydarzeń przedstawionym przez nią we wcześniejszych zeznaniach przed wielką ławą przysięgłych, Atkins miała jedynie przytrzymywać Tate, zaś wszystkie rany zadać miał jej Watson; w późniejszym okresie, już po wyroku, zarówno Atkins jak Watson tę wersję określali jako prawdziwą.

Na koniec, umaczanym we krwi aktorki ręcznikiem Atkins napisała na drzwiach wejściowych słowo „PIG” („świnia”: pogardliwe, slangowe określenie ludzi bogatych zamożnych i ustosunkowanych; stały element języka ekstremistycznych ruchów czarnoskórych). Cała banda opuściła posesję po północy i udała się w drogę powrotną na ranczo Spahna."


Charles Manson, 1971r w więzieniu w San Quentin


Cała ta okrutna zbrodnia była czymś co na zawsze zmieniło Amerykę. Makabryzm tego co się wtedy tam wydarzyło wciąż powraca w szeroko rozumianej popkulturze, a postać Mansona praktycznie obrosła kultem. Przerażająca zbrodnia stała się obiektem kultu...i na tym zakończę, resztę dopowiedzcie sobie sami.

Tate i Polański w 1967r.

niedziela, 29 czerwca 2014

Na skraju jutra - Edge Of Tomorrow - recenzja


Co by się stało, gdyby połączyć koncepcję z "Dnia Świstaka" z kinem science-fiction? Powstałby właśnie film, którego dotyczy ta recenzja. A czy takie połączenie by się udało?

Sexi jej w egzoszkielecie
Mamy więc oto w kinach nowy film z niezawodnym jak zawsze Tomem Cruisem oraz śliczną Emily Blunt, zahaczający o koncepcję podróży w czasie (a właściwie ciągłej pętli czasowej, przez którą nasz bohater przeżywa w kółko ten sam dzień) połączoną z wizją inwazji Obcych na naszą planetę - a wszystko to w wojennych klimatach i z mechami w roli głównej - oraz okraszoną hektolitrami niepisanej chemii pomiędzy bohaterami. Mieszanka wybuchowa? O, tak! Dosłownie i w przenośni!

Więc o czym film jest? Ano o tym, że na naszej planecie źle się dzieje. Naprawdę źle. Ziemia padła ofiarą inwazji Obcych - nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co, wiadomo jedynie, że chcą doprowadzić do eksterminacji ludzkości i przejąć naszą matczyną planetę. Kimże jednak byśmy byli, gdybyśmy nie próbowali się bronić? Poddać się bez walki? No way! Jak przystało na dzielnych homo sapiens postanowiliśmy więc walczyć i nie dać za wygraną. Jak to jednak na wojnach bywa, bardzo ważny jest czynnik psychologiczny, gdyż słabe morale u żołnierzy to raczej niepożądana rzecz. A jakie morale mają mieć żołnierze, gdy przychodzi walczyć z obcą cywilizacją, która nie dość, że jest nam obca, to w dodatku o wiele bardziej (choć inaczej) rozwinięta niż my? Ano słabe są to wtedy morale, gdy wiadomo, że na wygraną większych szans nie ma.

A świstak siedzi i...czeka na Toma
I tutaj właśnie poznajemy oficera Cage'a (Tom Cruise), który jednak czapkę oficerską nosi niejako przypadkiem, gdyż do prawdziwego żołnierza mu troszkę daleko. Cage jest specem od "marketingu wojskowego", o ile można to tak nazwać, a wojnę zna jedynie z przekazów i plakatów, które sam tworzy. Nasz bohater jest bowiem medialnym marketingowcem, który za zadanie ma podnoszenie morale żołnierzy, poprzez wymyślanie coraz to nowszych historii, o tym jacy to dzielni nie są nasi bohaterscy wojacy i ile bitew wygrywają. Jedną z tych historii jest historia o bitwie pod Verden, której główną bohaterką jest niejaka Rita - niepokonana wojowniczka, wokół której obrosły legendy. Plakaty z dzielną Ritą, odzianą w mechaniczny egzoszkielet są wszędzie i zna ją każdy. Wizerunek Rity buduje morale - Rita jest legendą,  jest bohaterką - która jako jedyna zmasakrowała Obcych podczas jednej z bitew.

Pieprzyć koty! Mam respawny bez limitu
I tutaj zaczyna się cała historia. W skutek niefortunnej wizyty u przełożonego Cage zostaje aresztowany i przymusowo wcielony "w kamasze". Po kłótni z generałem zostaje oficjalnie uznany za dezertera i odesłany na front. Od tej pory Cage będzie musiał walczyć. Problem tylko w tym, że walczyć nie potrafi, bo wojnę widział jedynie zza swojego biurka. Przerażony i niepotrafiący poradzić sobie z nową sytuacją, a co najgorsze totalnie niedoświadczony - szybko polega na polu bitwy. Jego śmierć jest jednak dopiero początkiem jego drogi, gdyż zamiast trafić do aniołków - budzi się z powrotem, tyle że dnia poprzedniego. Dzień Świstaka jak się patrzy - tyle tylko, że tutaj zamiast budzić się w nudnym miasteczku, bohater rozpoczyna dzień od świadomości, że dnia następnego rozpocznie się rzeź i apokalipsa.

Motywacja level 999999
Zaskoczony faktem, że "przecież ten dzień już był" postanawia zgłębić tajemnicę tego co tak naprawdę się stało i jak to możliwe, że po śmierci, zamiast umrzeć naprawdę, cofa się w czasie o jeden dzień. W rozwiązaniu tego dziwnego fenomenu pomoże mu...wspomniana wcześniej Rita, która jak się okaże, też ma za sobą pewne dziwne wydarzenia, które sprawiły, że bitwa którą wygrała wygraną została. Losy naszych bohaterów od tej pory splątają się, a relacja pomiędzy nimi będzie przedmiotem dalszej części filmu i zabawą w odkrywanie tajemnicy, co się tak naprawdę z naszym bohaterem dzieje. A dzieje się z nim bardzo ciekawa rzecz, o czym nasz bohater dowie się w odpowiednim ku temu czasie. A gdy już się dowie, postanowi swoją przypadłość wykorzystać.

W moim kościele wiedzieli, że w końcu przybędziecie!
Tyle w skrócie o fabule, więc teraz może o samych bohaterach, bo ci są naprawdę ciekawi.
Tom Cruise w roli Cage'a jest fenomenalny, co zresztą nie dziwne, gdyż facet ma niezłego nosa do wybieranych ról i nie ukrywajmy - ma talent aktorski, co już niejednokrotnie udowadniał. Tak też jest i tutaj - postać przez niego stworzona jest zagrana koncertowo. Z początku zagubiony żółtodziub, który potrafi jedynie wzbudzić politowanie i wręcz irytować, z czasem staje się żołnierzem z krwi i kości, a jego psychika ewoluuje. Ta postać naprawdę przechodzi na ekranie niemałą przemianę, co zagrane zostało przez Toma naprawdę bardzo dobrze. Największą przemianę przejdzie ona jednak później, gdy...i tutaj nie napiszę, bo zdradziłbym część fabuły.

Again!
Przeciwieństwem Cage'a już od samego początku jest Rita - zagrana przez śliczną i fenomenalnie prezentującą się w pancerzu Emily Blunt. Nigdy jakoś nie czułem większej chemii do tej aktorki, ale tutaj zagrała koncertowo. To jak ona się porusza, jak walczy i jak wygląda jest cudowne. Blunt stworzyła postać intrygującą, tajemniczą i silną, ale też i w głębi duszy wrażliwą i ciepłą. Nie lada to sztuka, zwłaszcza, gdy przez połowę filmu trzeba biegać po polu bitwy w ważącym tonę pancerzu. A jeśli już o pancerzu mowa - wyglądała w nim po prostu epicko. To co jest jednak najlepsze, to chemia pomiędzy jej postacią, a postacią Cage'a - ta chemia jest i nie jest udawana. Wielkie brawa dla Toma i Emily za stworzenie na ekranie naprawdę ciekawego duetu.

Znowu trzeba dokopać Obcym
Postacie drugoplanowe nie są warte rozpisywania się o nich - gdyż po prostu są, bez rewelacji, ale na osobny akapit zasługuje natomiast sierżant Farell, którego koncertowo zagrał przezabawny tutaj Bill Paxton. Gdy Paxton pojawia się na ekranie morda sama zaczyna się śmiać. Stworzył postać bardzo podobną do postaci Hudsona z "Aliens" i wyszło mu to rewelacyjnie. Rola sierżanta w jego wykonaniu to takie malutkie drugoplanowe arcydzieło. Brendan Glesson wypadł również dobrze - rola zapyziałego, gburowatego generała wyszła mu co najmniej poprawnie. Paxton jednak rządzi - ten wąsik, ton, akcent i żołnierska, jajcarska buta - wypisz wymaluj szeregowy Hudson z drugiego "Obcego". Swoją drogą zastanawiam się, czy Paxton na planie nie śmiał się z samego siebie, że znowu w filmie idzie mu walczyć z Obcymi :) Doskonała rola, idealnie pasująca do Billa, myślę, że zapisze się ludziom w pamięci. Naprawdę - ogółem wszyscy spisali się bardzo dobrze - pomimo mało jakoś wybitnie rozpisanego scenariusza - cała trójka: Cruise, Blunt i Paxton sprawiła, że w tych postaciach czuć ducha.

Widok kobiety robiącej pompki - poezja
Od strony technicznej jest bardzo dobrze. Na szczególną uwagę zasługują mechaniczne pancerze wspomagane, w które wyposażeni są żołnierze. Robi to niesamowite wrażenie, gdyż na ekranie naprawdę czuć jest moc i ciężar tych egzoszkieletów. Nie wygląda to w żaden sposób sztucznie, a wręcz przeciwnie - bardzo realnie, a postacie poruszają się w nich bardzo fajnie. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że to jedne z najlepszych tego typu pancerzy jakie widziałem w filmach, a już na pewno w żadnym innym filmie żadna inna kobieta nie wyglądała tak wojowniczo i seksownie zarazem jak Emily Blunt tutaj (no może poza Ellen Ripley w ładowarce w "Aliens" :). Wizualnie jest bardzo dobrze, nie ma tutaj nic przełomowego (poza pancerzami), ale jest po protu poprawnie, tak jak być powinno. Również design Obcych jest niczego sobie, a kilka scen z nimi potrafi zrobić wrażenie.

Teraz cię zabiję, jutro (wczoraj?) się pogodzimy
Podsumowując - film jest świetny - nie jest to arcydzieło, ale zabawa na nim jest naprawdę przednia. Na szczególną uwagę zasługują inteligentne, śmieszne sytuacje związane z przeżywaniem tego samego dnia przez naszego bohatera, co jest miłą odskocznią od poważnego tematu. Trzeba to po prostu zobaczyć samemu. Więc jak? Mamy ciekawy temat, niebanalny pomysł, chemię pomiędzy postaciami, Obcych, egzoszkielety i wojnę - czego chcieć więcej? Mi wystarczy i z czystym sumieniem polecam ten film każdemu wystawiając mu od siebie solidne 8.5/10.
Do kina marsz!





X-Men: Days Of Future Past - 15min. kompilacja

Postanowiłem zrobić kompilację najlepszych scen z "X-Men: Days Of Future Past" - chronologicznie, tak jak były w filmie. Oczywiście tylko kilka, bo gdybym dał wszystkie, to wyszedłby godzinny klip. Okraszone klimatyczną muzyczką. Dwa dni to montowałem. Polecam obejrzeć całość - ale uwaga! Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze filmu, niech nie włącza, bo to jeden wielki spojler! 


X-Men: Days Of Future Past - 15 min of epic scenes - compilation from szczyglis on Vimeo.

środa, 25 czerwca 2014

Homeland - przegenialny serial



Rzadko oglądam seriale, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, ale jeden ostatnio szczególnie mnie wciągnął - na tyle, że przez jedną noc obejrzałem z marszu cały pierwszy sezon. Mowa tutaj o "Homeland". Dużo dobrego o tym serialu się naczytałem i postanowiłem spróbować. Wiele prestiżowych nagród owy serial dostał, więc poleciałem w ciemno, mając jedynie szczątkowe info o fabule. I co? I szczęka mi opadła.

O czym "Homeland" jest? Ano fabuła jest dość ciekawa. Sierżant marines - Nicholas Brody zostaje po 8 latach znaleziony w Iraku jako zakładnik i odbity do kraju. Wszyscy się cieszą, poza jedną osobą - agentką CIA - Carrie Mathison, która podejrzewa, że Brody mógł przez ten czas przejść na stronę wroga. W roli Carrie przegenialna, śliczna Claire Danes, a w roli Brody'ego nie mniej genialny Damian Lewis, który moim zdaniem ma przed sobą niemałą karierę, bo to co pokazał w tym serialu to mistrzostwo.

Claire gra tutaj nie do końca radzącą sobie psychicznie agentkę CIA, która jednak ma nosa i czuje, że coś jest nie tak. Gra w sposób koncertowy, bo to co ona tutaj pokazała na ekranie to coś po prostu pięknego. Zawsze ją lubiłem i uważałem, że poza urodą ma również niesamowity talent, ale to co tutaj pokazała to arcydzieło sztuki aktorskiej. Przeszła samą siebie. Postać jaką stworzyła, te wszystkie emocje, mimika, nawet płacz i złość - w jej wykonaniu wyszło to epicko. Damian Lewis wcale nie wyszedł gorzej w roli Brody'ego. Niesamowicie udało mu się zagrać dwuznaczność swojej postaci. Obsada tego serialu to absolutny strzał w dziesiątkę. Dwie osoby, dwie postaci i psychologiczna walka pomiędzy nimi.

Fabuła opiera się więc na spotkaniu dwóch tych postaci i na grze pomiędzy nimi. To co jest najgenialniejsze w tym, to niepewność - czy Brody naprawdę przeszedł na stronę terrorystów? A jeśli tak, to po co? Dawno już żaden serial mnie tak nie wciągnął. Szczerze mówiąc ostatnim dobrym serialem, który urzekł mnie scenariuszowo był "True Detective". Homeland jest jeszcze lepszy. Genialna gra pomiędzy dwiema osobami, zagrana koncertowo. 10/10 w mojej ocenie.