Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły i felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły i felietony. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2014

Makabryczne zabójstwo Sharon Tate

Za miesiąc - 9 sierpnia będzie 45 rocznica masakrycznego zabójstwa byłej żony Romana Polańskiego - zabójstwa, które pod koniec lat 60-tych wstrząsnęło Ameryką i całym Hollywood.
Sharon Tate, 1967r

Dokładnie 9 sierpnia 1969 roku banda maniakalnego Charlesa Mansona wtargnęła do rezydencji Romana Polańskiego znajdującej się w Beverly Hills w stanie Kalifornia. Tego feralnego dnia Tate miała spotkanie w gronie przyjaciół, natomiast jej mąż przebywał w tym czasie w Londynie. Po wieczorze spędzonym w klubie, wszyscy przyjaciele postanowili wrócić do rezydencji Tate i Polańskiego, aby tam dokończyć imprezę.

Była to ich ostatnia w życiu impreza.
Wszyscy oni nie wiedzieli wtedy jednak jeszcze, że tej nocy czeka na nich najprawdziwszy horror.


Około północy - grupa dowodzona przez niejakiego Charlesa Mansona postanowiła urządzić sobie zbiorowy mord - na celownik padła niefortunnie willa Polańskiego.

Sharon Tate, 1967r
w filmie "Dolina lalek"
Prawdopodobnie pierwszą ofiarą był przyjaciel Sharon - niejaki Steven Parent, którego zwłoki zostały znalezione w samochodzie stojącym na podjeździe do rezydencji. Został zastrzelony. Przed domem znaleziono również kolejne dwa ciała - wspólnego przyjaciela Tate i Polańskiego - niejakiego Wojciecha Frykowskiego, oraz zwłoki jej dobrej przyjaciółki - Abigail Folger. Oba ciała z ranami kłutymi pochodzącymi od noża. Zostali zarżnięci. Największa makabra czekała jednak w murach rezydencji. Zwłoki Sharon zostały odkryte przez pokojówkę, która następnego dnia, niczego nie świadoma przyszła do pracy.

Ciała Tate i jej kolegi - Jaya Sebringa znaleziono powieszone w środku domu. Oboje mieli przewiązany przez szyje długi sznur zarzucony na wiszącą wysoko belkę. Ciała były zmasakrowane. To była rzeź. Tate była dosłownie rozpruta - w jej ciele znaleziono aż szesnaście ran kłutych, z czego wg koronera pięć było śmiertelnych. 

Sharon Tate, 1966r
Tate była wtedy w zaawansowanej ciąży - do porodu dzieliły ją niespełna 2 tygodnie. Jak można sobie wyobrazić, zginęli wtedy zarówno Sharon jak i jej nienarodzone jeszcze dziecko. Całe to niesamowicie brutalne morderstwo wstrząsneło wtedy całą opinią publiczną Ameryki i jak można się domyślić - samym Polańskim, który długo po tym mordzie dochodził do siebie psychicznie. Pierwotnie o mord policja podejrzewała zarządcę rezydencji, w której Tate mieszkała z Polańskim. On jako jedyny uszedł wtedy z życiem. Po przesłuchaniu okazało się jednak, że domek w którym mieszkał znajdował się w miejscu oddalonym od miejsca zbrodni i po sprawdzeniu jego wiarygodności za pomocą wariografu został on zwolniony z podejrzeń. W Hollywood zapadła groza - jak można przeczytać w źródłach wiele osób wyprowadziło się z dzielnicy, a ci którzy pozostali zostali ogarnięci przez ogromny strach. Sam Polański przyznawał, że nigdy nie poczuje się spokojnie, zanim sprawcy nie zostaną ujęci.


Sharon Tate, 1967r
Samych sprawców udało się ująć przypadkiem. Niejaka Susan Atkins, odsiadująca karę więzienia za kradzieże samochodów oraz podejrzana o udział w sekcie Mansona i o zabójstwo niejakiego Garyego Hinmana zwierzyła się sąsiadce z celi, że brała udział w zabójstwie Sharon. Wsypała też wszystkich wspólników, czego wynikiem było postawienie całej grupy w stan oskarżenia. Jak się okazało, dzień po zabójstwie Tate grupa Mansona dokonała jeszcze jednego, podobnego mordu w niedalekiej okolicy. To jednak nie ona "wsypała" Mansona, gdyż przed sądem wycofała swoje zeznania. Zeznania obciążające Mansona i innych członków złożyła inna członkini sekty - niejaka Lindy Kasabian. Dzięki jej zeznaniom skazano wszystkich członków grupy - Charlesa Mansona, Charlesa Watsona, Patricię Krenwinkiel oraz Susan Atkins - na wyroki kary śmierci. Kar tych nie wykonano, gdyż wyrokiem Sądu Najwyższego zostały one zamienione na kary dożywotniego więzienia.


Sharon Tate, 1967r w filmie
"Nieustraszeni pogromcy wampirów"
Romana Polańskiego
Jak pisze Wikipedia:
"Zeznania Kasabian i Atkins po raz pierwszy ukazały opinii publicznej w pełnym wymiarze makabryczne wypadki tamtej nocy. Przedostawszy się przez okalające posesję ogrodzenie, napastnicy natknęli się na Stevena Parenta, który w swoim samochodzie zmierzał do bramy wyjazdowej. Watson ruszył w stronę nadjeżdżającego pojazdu i polecił mu się zatrzymać. Parent usiłował prosić, by Watson nie robił mu krzywdy, zapewniając, że nic nikomu nie powie, ten zaś w odpowiedzi ciął go nożem i czterokrotnie strzelił do niego z rewolweru. Następnie Watson kazał Kasabian pozostać na zewnątrz i pilnować, podczas gdy reszta grupy wtargnęła do domu. Czworo znajdujących się wewnątrz osób zostało zgromadzonych razem w pokoju gościnnym, gdzie, zastraszeni bronią, dali się częściowo związać razem jednym sznurem. Kiedy Watson zarządził, żeby położyli się wszyscy na brzuchu, Jay Sebring zaczął domagać się od napastników, aby mieli wzgląd na brzemienność Tate i nie robili jej krzywdy, w reakcji na co Watson strzelił do niego z rewolweru. W powstałym zamieszaniu Wojciechowi Frykowskiemu i Abigail Folger udało się wyzwolić i każde z nich z osobna rzuciło się do ucieczki. Wcześniej ranieni, oboje zostali jednak prędko doścignięci i zabici przez Watsona i Krenwinkel na trawniku przed domem.

Tate błagała o ocalenie jej dziecka: próbowała uprosić prześladowców, by zabrali ją ze sobą i odczekali z zabiciem do czasu, aż urodzi. Atkins miała jej wówczas oznajmić, iż nie ma dla niej żadnej litości. Następnie, wedle jednej z wersji zeznań Atkins, ona i Watson wespół zadźgali Tate na śmierć nożami. Na końcowym etapie procesu, Atkins zeznała, że zaczęła dźgać Tate, bo miała dość dalszego wysłuchiwania jej powtarzanych w kółko i bez przerwy próśb i błagań. Zgodnie jednak z opisem wydarzeń przedstawionym przez nią we wcześniejszych zeznaniach przed wielką ławą przysięgłych, Atkins miała jedynie przytrzymywać Tate, zaś wszystkie rany zadać miał jej Watson; w późniejszym okresie, już po wyroku, zarówno Atkins jak Watson tę wersję określali jako prawdziwą.

Na koniec, umaczanym we krwi aktorki ręcznikiem Atkins napisała na drzwiach wejściowych słowo „PIG” („świnia”: pogardliwe, slangowe określenie ludzi bogatych zamożnych i ustosunkowanych; stały element języka ekstremistycznych ruchów czarnoskórych). Cała banda opuściła posesję po północy i udała się w drogę powrotną na ranczo Spahna."


Charles Manson, 1971r w więzieniu w San Quentin


Cała ta okrutna zbrodnia była czymś co na zawsze zmieniło Amerykę. Makabryzm tego co się wtedy tam wydarzyło wciąż powraca w szeroko rozumianej popkulturze, a postać Mansona praktycznie obrosła kultem. Przerażająca zbrodnia stała się obiektem kultu...i na tym zakończę, resztę dopowiedzcie sobie sami.

Tate i Polański w 1967r.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Afera taśmowa w PL rządzie - całość rozmowy - Sienkiewicz i Belka

Jak wiadomo - tygodnik Wprost udostępnił szokującą rozmowę nagraną potajemnie podczas spotkania Bartłomieja Sienkiewicza i Marka Belki. Szczerze mówiąc, postawiłem, aż oczy, gdy to usłyszałem. Rozmowa naprawdę ciekawa - pokazuje jakie układy i układziki oraz jaka kultura istnieje tam "na górze". Zapodaję to tutaj, żeby to nie zaginęło w akcji, niech każdy Polak się o tym dowie. To tak na wypadek, gdyby chciano to zamiatać pod dywan, co już powoli ma miejsce.




Jako ciekawostka - przepowiednia Krzysztofa Jackowskiego.
Rozmowa przeprowadzona przez Roberta Bernatowicza - prezesa Fundacji Nautilus:

czwartek, 5 czerwca 2014

Richard Kuklinski - Iceman - historia pewnego seryjnego mordercy

Artykuł jest wstępem do materiałów, które do obejrzenia są na dole artykułu.


Richard Kuklinski to jedna z najniebezpieczniejszych osób jakie stąpały po tej planecie, a zarazem fascynująca persona. Zbrodnie popełnione przez urodzonego w 1935 roku Amerykanina o polskich korzeniach w latach 80-tych wstrząsneły opinią publiczną nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Iceman, bo taki przydomek został mu nadany ze względu na fakt, że zamrażał ciała swoich ofiar, aby zmylić śledczych przeszedł do historii jako jeden z najciekawszych i najbardziej bezwzględnych seryjnych, a następnie płatnych zabójców w dziejach USA. Jego historia, osobowość oraz zbrodnie były tematem badań wielu psychologów i śledczych. Powstało na jego temat wiele publikacji i wywiadów, a on sam stał się postacią wręcz kultową, jeśli chodzi o sylwetki seryjnych morderców. Powstał również film fabularny oparty na historii jego życia, o czym napiszę na samym końcu. Na początek jednak chciałbym Wam zaprezentować dwa doskonałe wywiady, jakie zostały z nim przeprowadzone podczas jego pobytu w więzieniu stanowym w Trenton w New Jersey. To co uderza w tych wywiadach, to sama postać Kuklinskiego, sylwetka przerażająca, gdyż opowiadająca o swoich zbrodniach ze stoickim wręcz spokojem i wręcz dumą.

Jak sam o sobie mówił - zabicie człowieka nie wywoływało w nim absolutnie żadnych emocji. Zabójstwo było dla niego czynnością tak prostą, jak spuszczenie wody w kiblu - nie była to ani czynność negatywna, ani przynosząca mu satysfakcji. Zabijał bez uczuć, bez emocji i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, co podkreślał na każdym kroku w wywiadach, które zamieszczam poniżej. Szacuje się, że zabił w życiu ponad 100 ludzi, choć on sam w jednym z wywiadów przyznaje, że liczba ta mogła być dwa razy większa. Liczba jego ofiar nigdy nie została do końca potwierdzona, gdyż w wielu sprawach wciąż toczą się śledztwa, a wielu ciał do dziś nigdy nie odnaleziono. 
Dlaczego zabijał i jak to wszystko się zaczęło? Nad tym pytaniem głowiło się wielu psychologów, którzy mieli okazję badać jego osobowość podczas spotkań w wiezięniu, w którym odsiadywał dwukrotne dożywocie i w którym to w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł w 2006 roku. Zacznijmy może więc od początku - Iceman urodził się w 1935 roku jako dziecko Stanleya i Anny Kuklinskich. Nie była to kochająca się rodzina - jak sam Kukliński przyznawał - nienawidził zarówno ojca, jak i matki, którzy to rodzice jak podaje - znęcali się nad nim zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Patologiczne dzieciństwo najprawdopodobniej wpłynęło na jego późniejsze czyny, oraz jego psychikę, w której jak sam powiedział - wszelkie pozytywne uczucia zostały zamienione na jedno wielkie uczucie nienawiści.

Ojciec odszedł od rodziny, gdy Kuklinski miał 11 lat i jak przyznaje on sam - wylądował on wtedy na ulicy, gdzie zmierzyć się musiał z brutalnymi regułami życia. Początkowo gnębiony przez rówieśników zauważył, że na przemoc odpowiedzieć można jedynie przemocą, co też następnie stało się jego receptą na życie. Jak wspominał - zabijanie rozpoczął od mordowania zwierząt - ze szczegółami opowiadał o sposobach, za pomocą których je zabijał, m.in. o paleniu kotów żywcem w piecu, czy o wleczeniu ich za samochodem. Po zwierzętach przyszła kolej na ludzi - jak wspomina - zabijał nawet "za krzywe spojrzenie". O jednej ze swoich ofiar opowiadał, że tak naprawdę zabił wtedy człowieka, gdyż ten zwyczajnie mu się nie spodobał. Śledził wtedy grupkę ludzi, która szła w kierunku baru, po czym, gdy jedna z osób została na dworze za potrzebą - podszedł do niej od tyłu i za pomocą linki zwyczajnie ją udusił, po czym odszedł. 

Zabijał na najróżniejsze sposoby - zarówno nożem, jak i bronią, a nawet za pomocą trucizn. Taka różnorodność sposobów uśmiercania pozwalała mu zmylić śledczych, gdyż ciężko było dzięki temu powiązać zabójstwa ze sobą i przypisać je jednej osobie. Był bardzo metodyczny i niebywale sprytny w swoich zbrodniach - przez wiele długich lat udawało mu się wodzić za nos policję i FBI. Jak sam wspominał - zabójstwo człowieka nie miało dla niego znaczenia, robił to mechanicznie, bez najmniejszych emocji i bez mrugnięcia okiem. Przerażające są jego opowieści, gdy opowiada o swoich zbrodniach, tak jakby to było coś absolutnie normalnego - jak wypicie porannej kawy. W Kuklinskim było totalne zero człowieczeństwa i zero jakichkolwiek emocji i uczuć. Jedyne uczucie - jak wspominał - żywił do żony i swoich dzieci, gdyż jak twierdził - rodzina była jedyną pozytywną rzeczą w jego życiu. Z żoną i dziećmi wiąże się również dalsza jego historia.

Jak przyznaje w wywiadach - dom był jedynym miejscem, w którym czuł się dobrze. Mając na utrzymaniu żonę, jak i dzieci zaczął więc pracować dla lokalnej mafii, aby zarobić na godziwy byt. Początkowo były to przekręty i handel nielegalnymi rzeczami, czy kopiowanie pornografii. Z czasem jednak mafia dostrzegła w nim potencjał, jeśli chodzi o jego brak emocji i mając na względzie jego poprzednie "dokonania" związane z zabijaniem - "awansowano go"  na stanowisko płatnego zabójcy. Praca ta okazała się dla Kuklinskiego doskonale rentowna, gdyż na płatnych morderstwach dorobił się całkiem pokaźnych pieniędzy. Zabijał głównie dłużników i przeciwników w interesach, na których wyroki wydawała mafia. Jak sam opowiadał - zabójstwa te przebiegały w bardzo wymyślne sposoby. Szczególnie wymowna jest jego opowieść o specjalnej mordowni, w której ciała ćwiartował i pakował w worki. Przerażenie może też wywołać jego opowieść o szczególnych zleceniach, co do których mocodawcy mieli specjalne wymogi, takie jak to, żeby ofiara przed śmiercią jeszcze pocierpiała. Jednym z takich szczególnych sposobów na zadawanie śmierci ze szczególnym okrucieństwem był jego patent na związywanie i zamykanie ofiary w jaskini, gdzie delikwent w męczarniach zostawał żywcem pożerany przez głodne szczury. Te opowieści naprawdę robią wrażenie, dlatego polecam obejrzeć oba załączone wywiady w całości. W wywiadach tych najbardziej przerażające nie jest to o czym opowiada, ale to w jaki sposób o tym opowiada, co zresztą sami zobaczycie.

Wracając do jego historii - Kuklinski pracował dla mafii przez bardzo długi czas - przez okres ten wysłał na tamten świat całą masę ludzi i dorobił się za wykonywane zlecenia bardzo dużych pieniędzy. Dla mafii był killerem doskonałym - pozbawionym emocji, strachu i wyrzutów sumienia - był dla nich niczym niezawodna maszyna do zabijania, co zresztą sam o sobie powtarzał. Był ostrożny i metodyczny - jak wspomina - ciała ofiar członkował i ukrywał w najróżniejszych miejscach, czasami w beczkach, czasami wyrzucając za miastem, a czasami wyrzucając w parku. Jak przyznaje w jednym wywiadzie - wiele z ciał jego ofiar nigdy nie odnaleziono i już się nie odnajdzie. Wiele z pociętych ofiar mroził również w specjalnej chłodni, tak aby wyrzucić je dopiero po pewnym czasie i zmylić śledczych co do prawdziwego czasu śmierci nieszczęśnika. To właśnie poprzez ten proceder z czasem przyklejono mu ksywkę "Iceman", czyli "lodowy człowiek".

Przez cały okres wykonywania zabójstw był ostrożny i prowadził rozdzielone, podwójne życie - w domu jako przykładny mąż i ojciec, a poza domem jako bezwzględny, zawodowy hitman - niczym dr Jekyll i Mr. Hide - jak to siebie samego określił w jednym z wywiadów. Jak opowiada w jednym momencie - potrafił bez problemu wyjść na szybką robotę podczas rodzinnej, wigilijnej kolacji, wykonać zlecenie, po czym spokojnie wrócić na kolację i rozpakowywać z dziećmi prezenty spod choinki. Te relacje są naprawdę wstrząsające, więc zachęcam jeszcze raz do obejrzenia całości materiału.

Jak więc to wszystko się skończyło?
Z czasem Kuklinski zaczął być coraz mniej ostrożny, a pazerność na pieniądze sprawiła, że zaczął popełniać błędy. Po brutalnych zabójstwach swoich biznesowych partnerów policja zaczęła kojarzyć ze sobą fakty i padły na niego pierwsze podejrzenia. Nie mając jednak wystarczających dowodów, aby go aresztować, postanowiono podstawić mu tajnego agenta, który miał za zadanie zagrać rolę innego płatnego zabójcy i wyciągnąć od Kuklinskiego zeznania. Zadanie to udało się. Kuklinski wpadł i został postawiony przed sądem. Dwa lata później został skazany na podwójne dożywocie i osadzony w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Trenton w New Jersey. W 2006r. w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach zmarł. Oficjalnie przyczyną śmierci był zgon naturalny, nieoficjalnie zatrucie, a wg jeszcze innej wersji był to wyrok wydany na niego, ze względu na jego wiedzę dotyczącą struktur mafijnych, dla których zlecenia wykonywał przez ponad 20 lat.

Niewątpliwie była to postać przerażająca, ale też i na swój sposób fascynująca. Jego brak jakichkolwiek ludzkich odruchów i uczuć tak jak napisałem był tematem badań wielu uznanych psychiatrów i kryminologów. Ta krótka historia, którą tutaj opisałem nie oddaje, ani trochę tego kim Iceman był - po więcej zapraszam do doskonałej książki, pt. "Iceman", na której podstawie został również w 2012 roku nakręcony film, oraz przede wszystkim na początek - do obejrzenia obu wywiadów z Kuklinskim, jakie zamieszczam poniżej.
Emocje gwarantowane, ale uwaga - to bardzo mocne materiały.
Poniżej dwa wywiady, na koniec film "Iceman".
Wszystkie materiały są po polsku.

Oba wywiady to naprawdę niesamowita i fascynująca, a zarazem przerażająca podróż po umyśle jednego z największych psychopatów w historii, prawdziwego diabła w ludzkiej skórze.




Wywiad #1 - Wyznania mordercy - Richard Kuklinski


Wywiad #2 - Richard Kuklinski - Iceman Tapes (5 części, playlista)


BONUS - A na koniec w całości film "Iceman" z 2012 roku, po polsku z lektorem:


Artykuł został opublikowany również na portalu Sadistic: http://www.sadistic.pl/richard-kuklinski-iceman-vt297693.htm

sobota, 31 maja 2014

Polityczno-satyrycznie, czyli nowy cykl

Rozpoczynam cykl filmów na YT pt. "polityczno-satyrycznie". Będzie to polegało na montażu kilku filmów, zawsze z puentą i przesłaniem, które pewnie i tak mało kto wyłapie. Tak czy siak - z góry zaznaczam, że nie ma to na celu obrażania, ani naśmiewania się z nikogo. Typowo satyryczne filmy, z lekkim, ukrytym przesłaniem. Kto nie załapie - trudno, kto się obrazi - trudno, robię swoje. Zaznaczam, że powinno się to oglądać z dźwiękiem.

Póki co, 5 pierwszych odcinków poniżej:

Część I - "I see dead people"



Część II - "Smoleńsk - wyjaśnienie tajemnicy"



Część III 
- "Ryszard Kalisz vs Batman"



Część IV 
- "Tusk i komornicy"



Część V 
- "Dyrektywa nr4"



Część VI 
- "Kupuję to za..."


Link do playlisty: https://www.youtube.com/playlist?list=PL7YPc2DoKQk9a3NAR24sz3p_AAmvVtTDk

środa, 12 lutego 2014

Masakra w Magdalence

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o (nie)sławnej akcji w podwarszawskiej Magdalence 6 marca 2003 roku. Z pozoru standardowa akcja zatrzymania dwóch gangsterów przerodziła się wtedy w prawdziwą masakrę, podczas której śmierć poniosło dwóch antyterrorystów, a 17 z nich zostało ciężko rannych. Akcja ta wywołała potem prawdziwą polityczną burzę i stworzyła rysę na wizerunku jednostek specjalnych - ale czy na pewno? Otóż nie na pewno. Prawdziwych winnych oficjalnie nie znaleziono do dnia dzisiejszego - za to oskarżono wtedy kilka osób z dowodzenia, aby wystawić mediom kozła ofiarnego na pożarcie. Akcja ta dobitnie pokazała, jak bardzo rozwalone są w Polsce procedury, jak absurdalne jest prawo i jak daleko sięga w Polsce korupcja i przecieki na najwyższych szczeblach władzy.

Co się zatem wydarzyło wtedy w Magdalence?
Około 40 minut po północy dwa oddziały antyterrorystów podjechały pod posesję znajdującą się w lesie w podwarszawskiej Magdalence. Był to ogrodzony, piętrowy domek, znajdujący się w lesie. W domku tym znajdowało się dwóch uzbrojonych po zęby gangsterów. Zadanie policyjnych antyterrorystów było proste - rutynowe można powiedzieć, gdyż przerabiali takie scenariusze już nie raz. I tym razem miało być tak samo - szybkie wkroczenie, element zaskoczenia i zatrzymanie. I pewnie tak by się właśnie stało, gdyby nie fakt, że gangsterzy zebrali na miejscu arsenał, jakiego nie powstrzydziły by się najlepsze terrorystyczne bojówki, o czym jednak policjantów nie poinformowano - pomimo, iż takie informacje były. Zamiast tego - wysłano ich tam na pewną śmierć.

Około godziny 00:44 pierwszy oddział AT wkroczył na teren posesji lokując się pod drzwiami frontowymi domu. Drugi oddział wkroczył terenowym Land Roverem, taranując bramę wejściową. Oba oddziały znalazły się pod domem w celu wkroczenia i zatrzymania gangsterów. Niestety pojawił się problem - drugi oddział AT pojawił się przy bocznej stronie domu w celu wkroczenia bocznymi drzwiami, których...nie było. Drzwi jednak żadnym magicznym sposobem nie wyparowały, lecz co się okazało - plany domu przekazane przez dowództwo były błędne i pokazywały wejście do posesji, którego w rzeczywistości tam nie było. Jako, iż drzwi frontowe okazały się jedynymi drzwiami prowadzącymi do środka - oddział numer 2 dołączył do oddziału numer 1 i oba oddziały postanowiły wykonać wspólny desant przez drzwi frontowe. Gdy obie drużyny znalazły się pod drzwiami zaczęła się masakra.

Rozległa się eskplozja i oba oddziały rozstały rozrzucone na boki. Okazało się, że drzwi były sprytnie zaminowane, a pod drzwiami zakopany był silny ładunek wybuchowy. Bomba była sprytnie ukryta, a przewody detonacyjne pochowane pod framugami i pod śniegiem. Co najgorsze - sama bomba przygotowana została w taki sposób, aby zranić i zabić jak najwięcej osób - została wzmocniona śrubami i gwoździami, które w momencie wybuchu rozprysnęły się z ogromną siłą, szatkując policjantów.



Dariusz Marciniak
Najciężej ranny został podkom. Dariusz Marciniak, antyterrorysta z Zarządu Bojowego CBŚ. Został trafiony odłamkiem w głowę i w nogę. Zginął na miejscu, wykrwawiając się. Drugi najciężej ranny - nadkom. Marian Szczucki zmarł tydzień później w szpitalu w wyniku poniesionych obrażeń. Poza tymi dwiema ofiarami, rannych zostało jeszcze 17 innych funkcjonariuszy. Po ekspozji miny ukrytej pod drzwiami, policjanci zostali ostrzelani z okien na piętrze - gangsterzy dysponowali wg źrodeł ponad 29 sztukami broni maszynowej. Na policjantów posypał się grad kul, zostali również obrzuceni granatami, w które także uzbrojeni byli bandyci.




Po długiej wymianie ognia, gangsterzy zostali znalezieni martwi - żadna z policyjnych kul jednak ich nie dosięgła - zginęli w wyniku zatrucia tlenkiem węgla w wyniku pożaru jaki wybuchł w domu. Jak się okazało - jeden z gangsterów był byłym członkiem rosyjskiego Specnazu, a arsenał jaki znaleziono na miejscu wprawił w osłupienie nawet śledczych. Okazało się, że przestępcy byli uzbrojeni w broń krótką, długą maszynową, granaty i miny - a wszystko to rozlokowane pod każdym z okien leżące na stolikach. Przestępcy prowadzili więc nieprzerwany ostrzał ze wszystkiego co mieli pod ręką - bez potrzeby przerywania walki w celu przeładowywania broni, czy udawania się po nią w inne miejsce. To była masakra i akcja na którą funkcjonariusze nie byli gotowi.

Z relacji antyterrorystów, którzy przeżyli szturm wyłania się obraz totalnego chaosu, jaki wtedy tam panował. Jak wpomina jeden z antyterrorystów, biorących udział w akcji:

"...ustawiliśmy się pod drzwiami w celu rozpoczęcia szturmu. Kiedy usłyszałem człowieka w środku wtedy nastąpiła pierwsza detonacja. Straciłem przytomność. Próbowałem się odczołgać, było bardzo głośno, koledzy odciągnęli mnie w miejsce zakryte. Najgorsza była ewakuacja rannych bo długo karetki nie przyjeżdżały... ...wyszły braki w naszym uzbrojeniu jednostki, broń się zacinała, osoby ranne dawały nam swoją amunicje... Na odprawie pozostawiono broń snajperską, zdeponowano nam karabinki snajperskie na terenie komendy stołecznej Policji... ...Nasz przyjaciel, który zginął tam nie zginął bezpośrednio od broni, ale z szoku i wykrwawienia, nie było żadnego zaplecza medycznego. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dowódcy mówią wprost co innego a jeszcze inaczej do kamer..."

Na domiar tego wszystkiego - okazało się, że plany posesji jakie przekazano funckjonariuszom były błędne, co więcej - "góra" nie zgodziła się na użycie broni szturmowej i snajperskiej - rzekomo z powodu braku dobrych pozycji dla snajperów, co później jeden z byłych snajperów anonimowo zdementował, stwierdzając, że kilka miejsc dogodnych do rozlokowania snajperów według niego jednak było. Jeszcze inny policyjny snajper wspominał później, iż bajzel jaki panuje w dowództwie jest ogromny. Strzelec przytoczył historię z jednej z akcji w jakiej brał udział, osłaniając swoich kolegów za pomocą broni snajperskiej. Funkcjonariusze znaleźli się wtedy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, więc pomimo braku rozkazu oddał strzał raniąc uzbrojonego przestępcę, ratując tym samym swoich kolegów. Ze słów snajpera następnie padają informacje o tym co działo się później - został on oskarżony o bezpodstawne użycie broni, a procesy sądowe ciągnęły się miesiącami. Na czas akcji w Magdalence cała broń snajperska została zdeponowana i na akcję nie zabrano ani jednej sztuki tego typu uzbrojenia. Co więcej - nie zapewniono policjantom żadnej pomocy medycznej, a pierwsza karetka została wysłana na miejsce dopiero po tym, gdy część funkcjonariuszy wykrwawiała się już w najlepsze. Co gorsze - karetka nie mogła podjechać pod posesję, gdyż trwał ciągły ostrzał - chłopaki sami wynosili rannych kolegów będąc pod ciągłym ostrzałem z broni maszynowej i granatów.

Z relacji policjantów wyłania się jeszcze gorsza sprawa - otóż w jakiś sposób gangsterzy dowiedzieli się o planowanym szturmie i dzięki temu byli w stanie w tak doskonały sposób przygotować się do obrony. Według pragnących zachować anonimowość funkcjonariuszy - zostali oni poinformowani o akcji przez kogoś "z góry", a policjantów wysłano tam na pewną masakrę. Co jeszcze lepsze - według wielu ekspertów cała operacja powinna była zostać przeprowadzona na zasadzie operacji wojskowej, a nie policyjnej. W operacji wojskowej chodzi o eliminację celu i obowiązują zupełnie inne procedury, niż w przypadku operacji policyjnej, podczas której zadaniem jest jedynie zatrzymanie przestępcy, bez powodowania żadnych ofiar i obrażeń.

Najlepsze jednak zaczęło się później - wkrótce po całej akcji ruszyła machina sądowa w celu ukarania winnych. Jako kozły ofiarne wystawiono 3 osoby - naczelniczkę wydziału ds. walki z terrorem kryminalnym Komendy Stołecznej Policji, dowódcę oddziału antyterrorystycznego Komendy Głównej Policji oraz zastępcę komendanta Komendy Stołecznej Policji. Proces miał charakter typowo medialny - miał wskazać winnych i rzucić ich na pożarcie. W wyniku kolejnych procesów zostali oni jednak uniewinnieni.

Winnych przecieku "na górze", pomimo wielu spekulacji - nie odnaleziono i nie ukarano do dziś.


piątek, 4 października 2013

Spotkania z Szatanem

Był rok 2005, czyli 8 lat temu, gdy postanowiliśmy pobawić się w przywołanie Szatana. Tak. Nie żadnego Einsteina, Piłsudskiego tylko samego Szatana. W sumie pomysł na to wyszedł dość spontanicznie, podczas głupiego wróżenia sobie z kart, co moja (wtedy) dziewczyna uwielbiała i bawiła się "we wróżenie" praktycznie każdemu. W sumie mnie to nawet fascynowało, lubiłem jak mi wróżyła, ciekawiło mnie to. To była jak najbardziej normalna dziewczyna, bardzo piękna, wtedy studentka (co ciekawe - teologii na UKSW). Taroty, runy i te sprawy to jednak było to co ją fascynowało, a potem zafascynowało siłą rzeczy także mnie, choć ja to traktowałem bardziej jako zabawę, niż coś poważnego. Ona natomiast traktowała to jak najbardziej poważnie. Miała nawet taki specjalny zeszyt, w którym miała pospisywane różne "układy kart" itp. sprawy. Kupowała różne "Wróżki", "Nieznane światy" i tego typu gazety. Mam nawet do dziś cały plik tych gazetek, bo kiedyś z ciekawości pożyczyłem i do dziś jej nie oddałem. Leżą sobie obok mnie w reklamówce. Ale wracając do tamtego nieszczęsnego dnia - byliśmy wtedy we trójkę: ja, moja dziewczyna i mój kolega, który wpadł akurat w odwiedziny.

Kolega przyniósł piwko, więc napiliśmy się piwka, pogadaliśmy i postanowiliśmy, że pogramy sobie w karty. W takie zwykłe - w tle grała muzyczka, a my graliśmy chyba w jakiegoś tysiąca, czy innego durnia, już nie pamiętam dokładnie. Było fajnie, dobrze się bawiliśmy. Po jakimś czasie któreś z nas wpadło na pomysł, żeby sobie z tych kart powróżyć. No i tak się stało. Moja dziewczyna wróżyła mi, sobie i mojemu kumplowi. Dobrze się bawiliśmy, było przy tym dużo śmiechu. W pewnym momencie wpadłem na szalony pomysł, żeby przywoływać duchy. Talia kart była talią z Władcy Pierścieni, na każdej karcie była postać z filmu. Potasowałem karty i zaśmiałem się, że jeśli wyciągnę Aragorna to obok pojawi się sam Szatan. Tasowałem więc te karty i w końcu wyciągnąłem na ślepo jedną kartę. Jak się okazało, był to właśnie Król Pik (pamiętam do dziś, nawet mam te karty do dziś w szufladzie), który na obrazku miał nikogo innego, jak właśnie Viggo Mortensena z mieczem, czyli filmowego Aragorna. Wszyscy zbaranieliśmy, było lekkie zdziwienie. I tak sobie trwaliśmy w konsternacji, aż w końcu zaczęliśmy się z tego śmiać. Żartowaliśmy sobie, obracając się w bok i żartując w stylu "siema Szatanie, pewnie siedzisz obok, miło cię poznać" i tego typu rzeczy. Podawaliśmy ręce niewidzialnej postaci, żartując sobie z tego. Tak dla jaj. Po pewnym czasie kumpel musiał już iść, bo spieszył się na autobus, więc zostaliśmy z dziewczyną sami. Co się później działo, to historia na niezłego pornosa. Mieliśmy dosłownie seks stulecia. Była w nas taka dzika energia jak chyba nigdy dotąd. Zaszaleliśmy naprawdę na maksa. W pewnych momentach miałem wrażenie, że wręcz latamy w powietrzu. To było coś, czego ani nigdy wcześniej, ani później już nie przeżyłem.

Moja dziewczyna miała wtedy niesamowicie dziwne oczy, tak jakby nie były one jej. Były totalnie czarne. Widziałem u niej wiele razy poszerzone źrenice, ale nigdy tak jak wtedy. Tak jak jakby to nie były jej oczy, zupełnie tak jakby były czyimiś innymi oczami. To było dziwne, ale jakże fascynujące wtedy. Co ciekawe, w pewnym momencie ona zaczęła patrzeć głęboko w moje oczy i powiedziała "Jezu, Marcin, ale masz niesamowite oczy, WOW". Coś w tym stylu. Byliśmy wtedy jak dwa dzikusy, naprawdę, coś niesamowitego. W pewnej chwili powiedziała do mnie: "Myślisz, że ON teraz patrzy?". Na co ja odpowiedziałem, odwracając się w bok i jakby mówiąc do niewidzialnej postaci "Patrz, podoba ci się? To patrz!" I zacząłem się śmiać, oboje zaczęliśmy i zaczęliśmy się piepr...ć jeszcze mocniej. To był totalny szał.

Po wszystkim, trochę ochłonęliśmy i oboje stwierdziliśmy, że to było coś niesamowitego, tak jakbyśmy to nie byli my. Posiedzieliśmy, zapaliliśmy papierosa i długo rozmawialiśmy komentując to co było przed chwilą. Może to dziwne, nie wiem jak to opisać, ale naprawdę mieliśmy wrażenie tak jakbyśmy przed chwilą byli zupełnie kimś innym, nie poznawaliśmy siebie nawzajem. Dziwne uczucie, bo było super, ale z drugiej strony coś jednak nie grało. Przez chwilę nawet przeszły mnie ciarki i spojrzałem na dziewczynę, chcąc powiedzieć, czy my aby nie....i tu ona przerwała mi i też spojrzała na mnie przestraszona i powiedziała "czy też to myślisz?". Tak jakbyśmy oboje poczuli, że wywołaliśmy coś dziwnego. Potem się trochę uspokoiliśmy, zrobiłem jakąś kolację, zjedliśmy, obejrzeliśmy jakiś film i przyszedł czas, żeby odprowadzić dziewczynę do domu. 

Mieszkała kawałek ode mnie, jakieś 2-3 km piechotą przez centrum miasta. Poszliśmy więc.
Droga w tamtą stronę (do jej domu) była normalna, tak jak codzień, pomijając fakt, że dziwnym trafem nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy po drodze, a obok szkoły którą mijaliśmy zatrzymaliśmy się na papierosa...i zatrzymał się czas. Jak dokładnie? Ano tak: zatrzymaliśmy się na chwilę, przytuliliśmy i powiedziałem wtedy do niej, czy nie zauważyła, że jest tak cicho, żadnego wiatru, żadnych ludzi... Odpowiedziała, że zauważyła. Ja na to zaśmiałem się, że chyba czas się właśnie dla nas zatrzymał. I nagle spojrzeliśmy się oboje w kierunku szkoły, a właściwie schodów przy niej. Stał na niej czarny kot. Kot jak kot, ale ten był w bezruchu. My patrzyliśmy na niego, on na nas i nawet nie drgnął, jakby zamrożony w miejscu. To trwało około minuty. W ciągu tej minuty, może to śmieszne, ale naprawdę pomyślałem, że czas się zatrzymał. Ten kot był jak posąg. Patrzyliśmy na siebie zdziwieni, raz na siebie, raz na kota i jak sparaliżowani nie mówiliśmy nic. Po jakiejś minucie kot jednak "ożył" i zniknął nam ze wzroku. Uznaliśmy, że niezła schiza i poszliśmy dalej, choć wciąż rozmawiając o tej dziwnej sytuacji. W sumie chyba wtedy ja wierzyłem bardziej w to wszystko, niż moja dziewczyna.

No i tak doszliśmy do jej domu, pożegnaliśmy się, przytuliliśmy, pocałowaliśmy i tak dalej. Drzwi się zamknęły, a mnie czekała droga powrotna. I tu dopiero zaczęła się magia. Ponownie - ani jednej żywej duszy po drodze i wielka cisza dookoła, co było wręcz niewyobrażalne o tej porze w centrum miasta. Ale nie to było najciekawsze. Najciekawsze było to, że dostałem jakiejś dziwnej energii i czułem się jakbym kroczył "nad miastem". Miałem wrażenie, że mam 10 metrów wysokości i kroczę miastem, którym rządzę. Miałem wrażenie, że widzę siebie "z góry" i że mam niesamowitą MOC. To było cholernie dziwne, ale podobało mi się, czułem się jak władca tego świata. Czułem się jak Bóg. Doszedłem do domu i będą już w domu poszedłem do łazienki. Nie zapalałem światła, bo wszedłem jedynie się opłukać i co mnie zaskoczyło, widziałem w ciemnościach tak jakby to był dzień. Spojrzałem w lustro nad umywalką i o mało nie odskoczyłem, gdy zobaczyłem swoje oczy. Czarne jak węgiel. Zero białka - miałem totalnie czarne oczy. Zapaliłem światło, i spojrzałem jeszcze raz. To samo. Byłem przerażony.

Następnego dnia dorwała mnie gorączka, pochorowałem się. Moja dziewczyna też. Co ciekawe starałem się dodzwonić do kolegi, który grał wtedy z nami w karty i nie dało rady. Po jakimś tygodniu, czy dwóch kolega się odezwał i powiedział, że dostał jakiejś dziwnej wysypki i leżał prawie martwy przez ten czas w łóżku. Spotkaliśmy się po jakimś miesiącu we trójkę i stwierdziliśmy, że coś dziwnego się wydarzyło. Kolega niezbyt w to wierzył, ale widać było po nim, że i jego coś w tym wszystkim intryguje, choć się do tego nie przyznawał. Kilka dni później wydarzyło się znowu coś dziwnego. Siedzieliśmy z dziewczyną w parku. Piliśmy jakieś tanie wino. Było fajnie, spokojnie, romantycznie, rozmawialiśmy sobie, aż tu nagle ona odskoczyła i zaczęła do mnie krzyczeć, żebym wstał. Była przerażona. Ja w ogóle nie wiedziałem o co jej chodzi. Po tym jak się uspokoiła powiedziała mi, że widziała jak wchodzą na mnie z ziemi jakieś "larwy" jak to nazwała. Podobno na mnie wpełzały i wchodziły mi w ciało. Ja niczego takiego nie widziałem. Ona natomiast wzięła mnie za rękę z natychmiastowym "chodźmy stąd". Była śmiertelnie przerażona, potem płakała i nie chciała puścić mnie samego do domu. Skończyło się na tym, że nocowałem u niej w kuchni na podłodze (miała bardzo konserwatywną matkę - nie ma ślubu, nie ma spania razem pod jej dachem).

Następnego dnia spaliła wszystkie te swoje taroty, runy i zeszyty. Była przerażona. Kilka dni później ktoś z jej znajomych rzucił hasłem, żeby wziąć do ręki Biblię, szpilkę i otworzyć na losowej stronie, że niby w ten sposób pogadamy z tym co się do nas przyplątało. Tak też zrobiliśmy, choć ja to raczej traktowałem z dystansem. To było u mnie w kuchni. Otworzyliśmy książkę, położyliśmy szpilkę. Szpilka wskazała na tekst - coś w stylu "a teraz wyjdę, będę błądził i szukał innych". Jakoś tak to brzmiało, nie pamiętam dokładnie. Po sekundzie, na naszych oczach pękł garnek stojący na szafce. Niedługo potem rozchorowała się poważnie moja siostra, również tak samo siostra mojej dziewczyny. Dość poważne choroby, które ciągną się do dziś. Zaczęły się problemy w pracy, w rodzinie, a z ową dziewczyną w końcu się rozstaliśmy, mimo iż byliśmy już narzeczeni i mieliśmy brać ślub...

Tak to się wszystko skończyło.
Smutna historia i niestety prawdziwa.

Btw, znalazłem właśnie tą kartę, to był jednak frefl, a nie pik.
Barrdzo proszę, oto karta, która przywołała samego Szatana 8 lat temu.

niedziela, 14 lipca 2013

Apel w sprawie kradzieży roweru

Mojemu przyjacielowi skradziono rower. 

Rower został skradziony 10 lipca 2013 (środa) spod apteki na rogu ulic Wrocławskiej i Powstańców Śląskich w Warszawie (Bemowo). Za wszelkie wiarygodne informacje na temat roweru, które pozwolą odnaleźć rower lub sprawców przewidziana jest za to nagroda. Jeśli ktoś ma jakieś info (był tam, widział itp.) to bardzo proszę o pomoc.

czwartek, 4 lipca 2013

Kto tak naprawdę zabił Kennedy'ego?

...czyli pierwszy polityczno-filmowy post na tym blogu.

Z góry napiszę, że napewno nie był to Lee Harvey Oswald, którego to oskarżono o tą zbrodnię i który to został wyeliminowany krótko po aresztowaniu. Sprawa zabójstwa JFK jest o tyle ciekawa, że wszelkie akta dotyczące oficjalnego "śledztwa" są utajnione przez rząd USA - aż do roku 2039.




W 1991 roku Oliver Stone nakręcił jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu. 
Film, który był bardzo niewygodny dla rządu, a samo jego pokazanie w kinach wiązało się z niemałymi problemami dla reżysera. Mowa oczywiście o genialnym "JFK", czyli o obrazie, który w bardzo przystępny sposób otworzył wielu ludziom oczy na fakty związane z zamachem w Dallas z 1963 roku. Stone nakręcił film absolutnie genialny, film, który potrafi wessać na amen. Film, który sprawia, że oczy przyklejają się do ekranu i nie ma siły, która mogłaby je od tego ekranu odkleić. "JFK" to film totalnie absorbujący, film, który oglądałem już kilka razy i za każdym razem odkrywałem w nim coraz to nowsze szczegóły. 


Jakiś czas temu wpadła mi w ręce wersja reżyserska tegoż filmu - wersja, która trwa prawie 3 i pól godziny, wzbogacona o sceny wycięte z wersji kinowej, m.in. o sceny, w których przewijają się materiały z autentycznej autopsji Kennedy'ego, bez żadnej cenzury. Nie wiem jakim cudem udało się Stone'owi dotrzeć do tych materiałów, ale wszystkie one robią naprawdę piorunujące wrażenie, pokazując bez żadnej cenzury wszystko to co "pozostało" z głowy zabitego prezydenta zaraz po spotkaniu z "magiczną kulą".

Czym natomiast jest owa "magiczna kula"? Otóż takim terminem badacze nazwali pocisk, który wg oficjalnego śledztwa pozbawił głowy prezydenta Kennedy'ego.
Pocisk ten, wg oficjalnej wersji miał zostać wystrzelony ze sławnej składnicy książek, w której miał się znajdować przyczajony na prezydenta, działający w pojedynkę, oskarżony póżniej o zamach i zabity na oczach milionów ludzi fanatyk - Lee Harvey Oswald. Pocisk ten zarazem miał posiadać pewne magiczne właściwości, gdyż wg oficjalnej wersji wydarzeń, jaką przedstawił rząd USA - wykonał on w powietrzu istnie cyrkowe ewolucje, łamiąc wszystkie nam znane prawa fizyki. Wszystkie późniejsze badania balistyczne i analizy stwierdziły jednoznacznie, że Lee Harvey Oswald nie mógł zabić Kennedy'ego. Było to technicznie niemożliwe. Oswald był jedynie kozłem ofiarnym, wystawionym pod publikę dla głodnego tłumu, podczas gdy sprawa zabójstwa miała zupełnie inne, niezwiązane absolutnie z Oswaldem - drugie dno.


I o tym właśnie jest opisywany przeze mnie film. Obraz Stone'a pokazuje w genialny sbosób przebieg śledztwa, jakie postanowił we własnym zakresie przeprowadzić Jim Garrison - ówczesny prokurator okręgowy Nowego Orleanu, zagrany tutaj po mistrzowsku przez Kevina Costnera. Przez większą część filmu jesteśmy świadkami badania całej sprawy przez ekipę prokuratora i odkrywamy wraz z naszym bohaterem coraz to nowsze fakty, dotyczące udziału w morderstwie ludzi na najwyższych politycznych szczeblach w USA. Stajemy się świadkami mozolnego śledztwa i badania coraz to nowszysch wątków, które po ułożeniu w całość prowadzą do najwyżej postawionych służb, takich jak CIA, czy FBI. Odkrywamy razem z bohaterem, że za zabójstwem wcale nie stoi Oswald, a spisek sięgający najwyżej postawionych w rządzie USA osób.


Przed obejrzeniem "JFK", sam osobiście dużo czytałem na ten temat, więc sprawy przedstawione w filmie nie były dla mnie żadnych zaskoczeniem. Są to informacje powszechnie dostępne i każdy może uzyskać do nich dostęp. Mimo tego - pomimo znajomości pewnych faktów, film wciąga jak żaden inny. Kevin Costner wcielił się w swoją rolę po prostu genialnie. Jak dla mnie, rola w "JFK" jest jedną z najlepszych w jego karierze. Emocje jakie nim targają podczas finałowej przemowy na procesie są warte wręcz Oscara. Równie doskonale zagrał tutaj Gary Oldman, który także po mistrzowsku zagrał głównego oskarżonego o zamach, czyli Lee Harveya Oswalda. Dochodzą do tego równie kapitalni w swoich rolach: Tommy Lee Jones, Joe Pesci i Kevin Bacon, a także genialny w roli informatora Donald Sutherland. Wszyscy doskonale wcielili się w swoje role. Przesadą nie będzie, jeśli napiszę, że jest to jeden z najlepiej zagranych filmów, jakie w życiu widziałem. Dodajmy do tego niesamowicie absorbującą i pochłaniającą bez reszty historię i mamy film niemalże genialny, a prawie 4 godziny seansu potrafią zlecieć jak z bicza strzelił.


Najbardziej w pamięci zapadła mi chyba scena, gdy zrezygnowany Costner wygłaszał swoją przemowę przed sądem, przedstawiając wszystkie te fakty, do których udało mu się dotrzeć i czując, że nie uda mu się wygrać "z systemem" miał w oczach autentyczne łzy. Niesamowita scena, pełna ekspresji i emocji, zarazem pełna zrezygnowania i przeświadczenia, że "z tymi na górze" nigdy się nie wygrywa. Kawał rewelacyjnego kina, więc jeśli ktoś ma ochotę poświęcić 3 i pół godziny ze swojego życiorysu to polecam seans z "JFK". Polecam z całego serca i gwarantuję - ten film wciągnie Was w ekran i nie wypuści.

Moja ocena: 9/10

środa, 27 lutego 2013

Titanic nigdy nie zatonął

Pływając sobie po głębokich otchłaniach internetu, natknąłem się na ciekawą teorię odnośnie zatonięcia statku Titanic. Z góry zaznaczam, że jest to jedynie ciekawostka, gdyż historii i teorii na temat zatonięcia powstało całe multum. Teoria mówi o tym, że Titanic tak naprawdę nigdy nie poszedł na dno, a statkiem, który wtedy zatonął był bliźniaczo do niego podobny Olympic.

Według tej teorii - Olympic był bardzo podobnym do Titanica statkiem - był niemal jego "bratem bliźniakiem". Olympic został wyprodukowany i zwodowany o wiele wcześniej, niż Titanic. Co ciekawe, jest to prawda. Poniżej porównanie - po lewej znajduje się Olympic, a po prawej Titanic:



Idąc dalej, wg przytaczanej przeze mnie teorii - podczas któregoś ze swoich rejsów, Olympic miał przeżyć niemiłą przygodę związaną z uderzeniem w wojenny okręt "HMS Hawke". Kolizja ta spowodowała, że został dość mocno uszkodzony. Problemem był jednak nie sam fakt uszkodzenia statku, lecz fakt, że nie był on ubezpieczony i doprowadził firmę "White Star Line" niemalże do bankructwa. Problemy finansowe z tym faktem związane bardzo opóźniały również moment zwodowania Titanica, którego zwodowanie i dziewiczy rejs zostały już uprzednio odpowiednio "rozreklamowane" przez ówczesne "media".  Właściciele firmy wpadli więc na pomysł, żeby zamiast Titanica zwodować po części naprawionego Olympica i zatopić go na oceanie, zabijając przy tym masę niewinnych ludzi. Dzięki temu mieli oni odzyskać utracone pieniądze, które włożono w naprawdę Olympica. Oryginalny Titanic miał za to pływać po morzach, aż do roku 1935, oczywiście pod nazwą zmienioną na "Olympic". Według tej teorii - w 1912 roku zatonął nie Titanic, lecz właśnie Olympic.

Teoria pochodzi z tej książki: link

czwartek, 31 stycznia 2013

Technologia, przyszłość, wojsko i Terminatory

(Filmiki pod koniec wpisu = wymagane obejrzenie do zrozumienia tematu)


Ludzie żyją, jedzą, kupują, biorą kredyty, kupują mieszkania, słuchają muzyki, kłócą się, pieprzą się, jeżdżą samochodami, czytają książki, chodzą do kina, wyjeżdzają na wakacje, wpuszczają księdza po kolędzie, pracują, odrabiają z dziećmi lekcje, skaczą z mostów, strzelają do siebie, robią sobie prezenty, chodzą na zakupy, myją samochody, uprawiają paprykę, grają w szachy, kochają się, piją wódkę, wychodzą z psami na spacery, latają w Kosmos, grają na gitarach i oglądają filmy. Bo tacy są ludzie - możemy robić wszystko co nam się tylko podoba. Bo jesteśmy ludźmi, mamy swoją własną świadomość i wolny wybór.

A co robią w tym czasie maszyny? Śnią o elektronicznych owcach? Nie. Pracują dla nas. Jedne z maszyn pracują właśnie na naszych nadgarstkach, obliczając dla nas czas, inne mrożą nam kurczaki w naszych lodówkach, jeszcze inne właśnie robią nam pranie, inne latają nad naszymi głowami - gdzieś na orbicie - żeby podawać nam koordynaty do GPS-ów, jeszcze inne właśnie produkują dla nas nowe mikroprocesory do naszych nowych komputerów. Jeszcze inne maszyny właśnie pracują w pocie czoła, żeby przesłać nasz głos w sieci komórkowej na drugi koniec świata, a jeszcze inne sprawiają, że właśnie jakaś wesoła ekipa - gdzieś na końcu świata - beztrosko spędza sobie czas na zakrapianej partyjce Tekkena rozgrywanej na spoconym od obliczeń procesorze Cell, wbudowanym w nie mniej od niego samego - równie skomplikowanej technicznie konsoli, która mimo swojej mocy i skomplikowania na dzień dzisiejszy jest praktycznie jedynie "przedwojennym zabytkiem", który to zabytek tak naprawdę wyświetla nic więcej, jak tylko obraz na opracowanej kilkadziesiąt lat temu dla wojska, a obecnie - szeroko stosowanej w produkcji cywilnej - matrycy LCD. 

Z powyższego, być może poniekąd przydługiego wstępu, wywnioskować można jednak kilka dość ciekawych rzeczy, jak np. to, że maszyny są już praktycznie wszędzie, że towarzyszą nam w codziennym życiu i że tak naprawdę - w tym momencie - nasza cywilizacja upadłaby w jednej sekundzie, gdyby nagle padły wszystkie wyprodukowane przez nas maszyny. Po prostu leżymy i kwiczymy. Pada cała gospodarka. Automatycznie więc dochodzimy do kolejnego wniosku - jesteśmy uzależnieni od maszyn. Aby żyć. Aby mieć w domu wodę, aby mieć prąd i ogrzewanie. Uzależniliśmy się od maszyn i komputerów. To one wykonują za nas większość pracy. Czujemy się bezpieczni, bo ufamy, że ta, czy tamta maszyna jest odpowiednio zabezpieczona, że istnieją dla nich systemy awaryjne, że firma/człowiek, który daną maszynę stworzył i odpowiednio oprogramował napewno wziął pod uwagę ewentualne błędy i możliwe usterki. I owszem - mamy rację - żaden szanujący się producent tego typu urządzeń nie pozwoli sobie na sytuację, że maszyna stworzy nagle sama z siebie jakieś zagrożenie. Od tego przecież są testy, od tego są systemy bezpieczeństwa i od tego są certyfikaty, które są na dane maszyny wydawane. Co innego mała awaria i zarobek na serwisowaniu (tak jak to ma miejsce np. w przypadku samochodów i ASO), a co innego większe straty materialne, bądż co gorsze - ludzkie, gdzie w grę wchodzą już czasami milionowe odszkodowania. Żadnemu z producentów nie jest takie coś na rękę.

Pomińmy jednak na chwilę powyższe i przyjrzyjmy się pozostałym wnioskom płynącym z tego przydługiego wstępu, ponieważ kolejnym wnioskiem, który się nam nasuwa to dostępność i "problem" zastosowania technologii. Maszyny są wykorzystywane praktycznie wszędzie. Zaznaczam, iż pod pojęciem maszyny nie kryje się tutaj żaden wielki mechanizm, typu tokarka, bądż dźwig, lecz każdy, nawet najmniejszy mechaniczno-informatyczny mechanizm, nawet tak mały jak licznik w rowerze - żeby to było jasne. A więc tych "maszyn" mamy wokół siebie tak naprawdę więcej niż nam się wydaje. Nawet myszka, którą właśnie trzymasz w ręku jest swego rodzaju maszyną. Posiada elementy mechaniczne (jeśli nie ma lasera, a tylko "kulę"). A nawet jeśli ma laser, to zapewne posiada rolkę do "przesuwania pionowo". Tak czy inaczej, jest to maszyna, mała, ale maszyna. Posiada swój mikroprocesor i "swój mały oprogramowany świat". Podobnie jest z zegarkiem na ręku, bądź nawet z wyświetlaczem w mikrofalówce. A więc elementy oparte na mikroprocesorach są praktycznie wszędzie, począwszy od świata mikro (zegarek, myszka i 10000x mniejsze urządzenia), a skończywszy na skali makro (fabryka, prom kosmiczny). Choć to ostatnie nie jest tak do końca prawdziwe, gdyż wielkie urządzenia, składające się z milionów komponentów składają się z mniejszych, oddzielnie zarządanych elementów, ale do tego dojdziemy później.

Kolejnym wnioskiem, który się nasuwa jest uzależnienie, takie samo jak od alkoholu, narkotyków, hazardu, bądź sexu. Zadajmy sobie proste pytanie (kierowane oczywiście do ludzi, którzy posiadają i oglądają TV - ja sam osobiśnie nie korzystam) - kto obecnie wstaje do TV/tunera cyfrówki, aby przełączyć kanał? Nikt, od tego są piloty. Proste, głupie kawałki krzemu opakowane w plastik i diody na IR, które sterują wszystkim to wielka wygoda. Po co ruszać dupę z kanapy, gdy można zarządzać sprzętem za pomocą pilota? Jest wygoda, jest technologia, więc po co? Analogicznie z telefonami. Po co kopiować zdjęcia pomiędzy telefonami za pomocą kart pamięci, czy kompów, gdy mamy Bluetootha? Transfer tragiczny, ale jaka wygoda, klik, parowanie i mamy przesył urządzenie-urządzenie. Jesteśmy rozleniwieni, oj i to bardzo, bardzo mocno. Ale ja też jestem. Gdybym miał lodówkę, która miała by funkcję (odmroź, podaj, przynieś, pozamiataj) to zapewne bym z niej z ochotą korzystał. 

Jeszcze kolejnym wnioskiem jaki można wyciągnąć z tego "przydługiego wstępu" to moment pojawienia się danej technologii na rynku cywilnym. Nie jest tajemnicą, że wszystko to co mamy w domach to "ochłapy" z technologii wojskowych, które uznano za gotowe do użycia "w cywilu". Przykładowo np. takie LCD, o którym wspomniałem na początku było wykorzystywane w wojsku już w latach 70-tych. Ludzie nie mają o tym pojęcia, ale prawda jest taka, że technologia jaka obecnie jest dostępna na rynku nawet dla najbogatszego Kowalskiego, to jest technologia z przed jakiś 30 lat. Nad czym obecnie pracują laboratoria? Dowiemy się za jakieś 50 lat. To żaden spisek. Takie są realia. Na takiej zasadzie działa postęp technologiczny. Myśliwiec F-22, obecnie "oficjalnie" (pomijam prototypowe F-35) najnowocześniejszy sprzęt jaki posiada USA to "przedpotopowa technologia", a mimo to jest tak zaawansowany technologicznie, że nawet za 20 lat nikt się jeszcze nie dowie co za sprzęt w tej maszynie siedzi. Tak strzegą tej technologii, pomimo iż ma ona swoje lata. 

Nad czym pracują obecnie?
Któż to wie, ale napewno są to projekty daleko wychodzące poza nasze widzenie obecnej technologii, czarny budżet USA to miliardy $ rocznie. Bo skoro w obecnym momecnie, największe firmy zbrojeniowe pracujące dla USA, typu Lockehead Martin i Bostin Dynamics ujawniają takie rzeczy, to aż strach pomyśleć nad czym pracuje obecnie DARPA, czyli amerykańska agencja do spraw rozwoju projektów niestandardowych.

Bardzo proszę, prototypy robotów bojowych od Boston Dynamics:

PetMan (Boston Dynamics) Eksperymentalny terminator, póki co podobno jedynie do przenoszenia uzbrojenia. Oficjalnie w fazie testów.


BigDog (rownież Boston Dynamics)
Autonomicznie działający robot przenoszący ładunki dla żołnierzy. Sam wykrywa teren, porusza się sterowany głosowo za swoim panem, wykrywa przeszkody, ładuje na plecy około 200kg.

I teraz zastanówcie się, jak daleko nam jest do momentu, gdy "science-fiction" przestanie być fikcją, jak daleko nam do sytuacji przedstawionej nam kilkanaście lat temu przez Jamesa Camerona w "Terminatorze"? Jak daleko? Biorąc pod uwagę "przydługie wprowadzenie"... Bo to, że taki moment nastąpi, to chyba ku temu nie ma już najmniejszych wątpliwości.

czwartek, 20 grudnia 2012

Wstęp do fizyki kwantowej - na przykładach

Fizyka kwantowa to bardzo ciekawa gałąź nauki. Mimo, iż prawa nią rządzące istnieją od początków Wszechświata, to dopiero niedawno udało nam się je po części odkryć i opisać, co nie znaczy jednak, że i zrozumieć, bo do tego daleka droga. Okazuje się bowiem, że na poziomie kwantowym, w świecie malutkich cząstek, takich jak składowe atomu - obowiązują zupełnie inne prawa fizyczne, niż w świecie, do którego na codzień jesteśmy przyzwyczajeni. Ba, co więcej - na poziomie kwantowym dzieje się prawdziwa magia, nie do końca jeszcze zrozumiana przez najtęższe głowy.

Wyobrażacie sobie sytuację, że moglibyście być zarówno tu, jak i tam, jednoczesnie? Że możecie być jednocześnie w swoim domu i jednocześnie na drugim końcu świata? Albo, że moglibyście przesłać jakąkolwiek informację na drugi koniec Wszechświata w czasie równym zero? Oczywiście, ze nie. A jednak - na poziomie kwantowym takie zjawiska to codzienność i zostały one już dokładnie przebadane przez naukowców. To co dzieje się na poziomie malutkich cząstek naprawdę zahacza wręcz o magię i science-fiction, gdyż jest to niewyobrażalne dla naszych umysłów. A mimo to, przecież wszyscy składamy się dokładnie z takich właśnie cząstek.