sobota, 12 października 2013

PHPOS - mój najnowszy projekt

PHPOS to webowy system operacyjny.

Strona projektu: http://www.phpos.pl

A tutaj prezentacja:

piątek, 4 października 2013

Spotkania z Szatanem

Był rok 2005, czyli 8 lat temu, gdy postanowiliśmy pobawić się w przywołanie Szatana. Tak. Nie żadnego Einsteina, Piłsudskiego tylko samego Szatana. W sumie pomysł na to wyszedł dość spontanicznie, podczas głupiego wróżenia sobie z kart, co moja (wtedy) dziewczyna uwielbiała i bawiła się "we wróżenie" praktycznie każdemu. W sumie mnie to nawet fascynowało, lubiłem jak mi wróżyła, ciekawiło mnie to. To była jak najbardziej normalna dziewczyna, bardzo piękna, wtedy studentka (co ciekawe - teologii na UKSW). Taroty, runy i te sprawy to jednak było to co ją fascynowało, a potem zafascynowało siłą rzeczy także mnie, choć ja to traktowałem bardziej jako zabawę, niż coś poważnego. Ona natomiast traktowała to jak najbardziej poważnie. Miała nawet taki specjalny zeszyt, w którym miała pospisywane różne "układy kart" itp. sprawy. Kupowała różne "Wróżki", "Nieznane światy" i tego typu gazety. Mam nawet do dziś cały plik tych gazetek, bo kiedyś z ciekawości pożyczyłem i do dziś jej nie oddałem. Leżą sobie obok mnie w reklamówce. Ale wracając do tamtego nieszczęsnego dnia - byliśmy wtedy we trójkę: ja, moja dziewczyna i mój kolega, który wpadł akurat w odwiedziny.

Kolega przyniósł piwko, więc napiliśmy się piwka, pogadaliśmy i postanowiliśmy, że pogramy sobie w karty. W takie zwykłe - w tle grała muzyczka, a my graliśmy chyba w jakiegoś tysiąca, czy innego durnia, już nie pamiętam dokładnie. Było fajnie, dobrze się bawiliśmy. Po jakimś czasie któreś z nas wpadło na pomysł, żeby sobie z tych kart powróżyć. No i tak się stało. Moja dziewczyna wróżyła mi, sobie i mojemu kumplowi. Dobrze się bawiliśmy, było przy tym dużo śmiechu. W pewnym momencie wpadłem na szalony pomysł, żeby przywoływać duchy. Talia kart była talią z Władcy Pierścieni, na każdej karcie była postać z filmu. Potasowałem karty i zaśmiałem się, że jeśli wyciągnę Aragorna to obok pojawi się sam Szatan. Tasowałem więc te karty i w końcu wyciągnąłem na ślepo jedną kartę. Jak się okazało, był to właśnie Król Pik (pamiętam do dziś, nawet mam te karty do dziś w szufladzie), który na obrazku miał nikogo innego, jak właśnie Viggo Mortensena z mieczem, czyli filmowego Aragorna. Wszyscy zbaranieliśmy, było lekkie zdziwienie. I tak sobie trwaliśmy w konsternacji, aż w końcu zaczęliśmy się z tego śmiać. Żartowaliśmy sobie, obracając się w bok i żartując w stylu "siema Szatanie, pewnie siedzisz obok, miło cię poznać" i tego typu rzeczy. Podawaliśmy ręce niewidzialnej postaci, żartując sobie z tego. Tak dla jaj. Po pewnym czasie kumpel musiał już iść, bo spieszył się na autobus, więc zostaliśmy z dziewczyną sami. Co się później działo, to historia na niezłego pornosa. Mieliśmy dosłownie seks stulecia. Była w nas taka dzika energia jak chyba nigdy dotąd. Zaszaleliśmy naprawdę na maksa. W pewnych momentach miałem wrażenie, że wręcz latamy w powietrzu. To było coś, czego ani nigdy wcześniej, ani później już nie przeżyłem.

Moja dziewczyna miała wtedy niesamowicie dziwne oczy, tak jakby nie były one jej. Były totalnie czarne. Widziałem u niej wiele razy poszerzone źrenice, ale nigdy tak jak wtedy. Tak jak jakby to nie były jej oczy, zupełnie tak jakby były czyimiś innymi oczami. To było dziwne, ale jakże fascynujące wtedy. Co ciekawe, w pewnym momencie ona zaczęła patrzeć głęboko w moje oczy i powiedziała "Jezu, Marcin, ale masz niesamowite oczy, WOW". Coś w tym stylu. Byliśmy wtedy jak dwa dzikusy, naprawdę, coś niesamowitego. W pewnej chwili powiedziała do mnie: "Myślisz, że ON teraz patrzy?". Na co ja odpowiedziałem, odwracając się w bok i jakby mówiąc do niewidzialnej postaci "Patrz, podoba ci się? To patrz!" I zacząłem się śmiać, oboje zaczęliśmy i zaczęliśmy się piepr...ć jeszcze mocniej. To był totalny szał.

Po wszystkim, trochę ochłonęliśmy i oboje stwierdziliśmy, że to było coś niesamowitego, tak jakbyśmy to nie byli my. Posiedzieliśmy, zapaliliśmy papierosa i długo rozmawialiśmy komentując to co było przed chwilą. Może to dziwne, nie wiem jak to opisać, ale naprawdę mieliśmy wrażenie tak jakbyśmy przed chwilą byli zupełnie kimś innym, nie poznawaliśmy siebie nawzajem. Dziwne uczucie, bo było super, ale z drugiej strony coś jednak nie grało. Przez chwilę nawet przeszły mnie ciarki i spojrzałem na dziewczynę, chcąc powiedzieć, czy my aby nie....i tu ona przerwała mi i też spojrzała na mnie przestraszona i powiedziała "czy też to myślisz?". Tak jakbyśmy oboje poczuli, że wywołaliśmy coś dziwnego. Potem się trochę uspokoiliśmy, zrobiłem jakąś kolację, zjedliśmy, obejrzeliśmy jakiś film i przyszedł czas, żeby odprowadzić dziewczynę do domu. 

Mieszkała kawałek ode mnie, jakieś 2-3 km piechotą przez centrum miasta. Poszliśmy więc.
Droga w tamtą stronę (do jej domu) była normalna, tak jak codzień, pomijając fakt, że dziwnym trafem nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy po drodze, a obok szkoły którą mijaliśmy zatrzymaliśmy się na papierosa...i zatrzymał się czas. Jak dokładnie? Ano tak: zatrzymaliśmy się na chwilę, przytuliliśmy i powiedziałem wtedy do niej, czy nie zauważyła, że jest tak cicho, żadnego wiatru, żadnych ludzi... Odpowiedziała, że zauważyła. Ja na to zaśmiałem się, że chyba czas się właśnie dla nas zatrzymał. I nagle spojrzeliśmy się oboje w kierunku szkoły, a właściwie schodów przy niej. Stał na niej czarny kot. Kot jak kot, ale ten był w bezruchu. My patrzyliśmy na niego, on na nas i nawet nie drgnął, jakby zamrożony w miejscu. To trwało około minuty. W ciągu tej minuty, może to śmieszne, ale naprawdę pomyślałem, że czas się zatrzymał. Ten kot był jak posąg. Patrzyliśmy na siebie zdziwieni, raz na siebie, raz na kota i jak sparaliżowani nie mówiliśmy nic. Po jakiejś minucie kot jednak "ożył" i zniknął nam ze wzroku. Uznaliśmy, że niezła schiza i poszliśmy dalej, choć wciąż rozmawiając o tej dziwnej sytuacji. W sumie chyba wtedy ja wierzyłem bardziej w to wszystko, niż moja dziewczyna.

No i tak doszliśmy do jej domu, pożegnaliśmy się, przytuliliśmy, pocałowaliśmy i tak dalej. Drzwi się zamknęły, a mnie czekała droga powrotna. I tu dopiero zaczęła się magia. Ponownie - ani jednej żywej duszy po drodze i wielka cisza dookoła, co było wręcz niewyobrażalne o tej porze w centrum miasta. Ale nie to było najciekawsze. Najciekawsze było to, że dostałem jakiejś dziwnej energii i czułem się jakbym kroczył "nad miastem". Miałem wrażenie, że mam 10 metrów wysokości i kroczę miastem, którym rządzę. Miałem wrażenie, że widzę siebie "z góry" i że mam niesamowitą MOC. To było cholernie dziwne, ale podobało mi się, czułem się jak władca tego świata. Czułem się jak Bóg. Doszedłem do domu i będą już w domu poszedłem do łazienki. Nie zapalałem światła, bo wszedłem jedynie się opłukać i co mnie zaskoczyło, widziałem w ciemnościach tak jakby to był dzień. Spojrzałem w lustro nad umywalką i o mało nie odskoczyłem, gdy zobaczyłem swoje oczy. Czarne jak węgiel. Zero białka - miałem totalnie czarne oczy. Zapaliłem światło, i spojrzałem jeszcze raz. To samo. Byłem przerażony.

Następnego dnia dorwała mnie gorączka, pochorowałem się. Moja dziewczyna też. Co ciekawe starałem się dodzwonić do kolegi, który grał wtedy z nami w karty i nie dało rady. Po jakimś tygodniu, czy dwóch kolega się odezwał i powiedział, że dostał jakiejś dziwnej wysypki i leżał prawie martwy przez ten czas w łóżku. Spotkaliśmy się po jakimś miesiącu we trójkę i stwierdziliśmy, że coś dziwnego się wydarzyło. Kolega niezbyt w to wierzył, ale widać było po nim, że i jego coś w tym wszystkim intryguje, choć się do tego nie przyznawał. Kilka dni później wydarzyło się znowu coś dziwnego. Siedzieliśmy z dziewczyną w parku. Piliśmy jakieś tanie wino. Było fajnie, spokojnie, romantycznie, rozmawialiśmy sobie, aż tu nagle ona odskoczyła i zaczęła do mnie krzyczeć, żebym wstał. Była przerażona. Ja w ogóle nie wiedziałem o co jej chodzi. Po tym jak się uspokoiła powiedziała mi, że widziała jak wchodzą na mnie z ziemi jakieś "larwy" jak to nazwała. Podobno na mnie wpełzały i wchodziły mi w ciało. Ja niczego takiego nie widziałem. Ona natomiast wzięła mnie za rękę z natychmiastowym "chodźmy stąd". Była śmiertelnie przerażona, potem płakała i nie chciała puścić mnie samego do domu. Skończyło się na tym, że nocowałem u niej w kuchni na podłodze (miała bardzo konserwatywną matkę - nie ma ślubu, nie ma spania razem pod jej dachem).

Następnego dnia spaliła wszystkie te swoje taroty, runy i zeszyty. Była przerażona. Kilka dni później ktoś z jej znajomych rzucił hasłem, żeby wziąć do ręki Biblię, szpilkę i otworzyć na losowej stronie, że niby w ten sposób pogadamy z tym co się do nas przyplątało. Tak też zrobiliśmy, choć ja to raczej traktowałem z dystansem. To było u mnie w kuchni. Otworzyliśmy książkę, położyliśmy szpilkę. Szpilka wskazała na tekst - coś w stylu "a teraz wyjdę, będę błądził i szukał innych". Jakoś tak to brzmiało, nie pamiętam dokładnie. Po sekundzie, na naszych oczach pękł garnek stojący na szafce. Niedługo potem rozchorowała się poważnie moja siostra, również tak samo siostra mojej dziewczyny. Dość poważne choroby, które ciągną się do dziś. Zaczęły się problemy w pracy, w rodzinie, a z ową dziewczyną w końcu się rozstaliśmy, mimo iż byliśmy już narzeczeni i mieliśmy brać ślub...

Tak to się wszystko skończyło.
Smutna historia i niestety prawdziwa.

Btw, znalazłem właśnie tą kartę, to był jednak frefl, a nie pik.
Barrdzo proszę, oto karta, która przywołała samego Szatana 8 lat temu.

niedziela, 1 września 2013

Robocop vs ED 209 - replika w CGI

Szacun dla autora:


JCVD

Długo się zabierałem za ten film, właściwie to kilka lat. I w końcu go obejrzałem. Myślałem sobie - ehh, pewnie nudna autobiografia Van Damme'a. I owszem, jest to autobiografia, ale nie taka jak się spodziewałem. Urzekł mnie ten film, urzekł i wciągnął bez reszty.

Cóż, każdy wie, że Van Damme się stoczył. Mój idol kina "kopanego" z młodzieńczych VHS-owych  lat rozmienił się na drobne. Klasyki takie jak "Krwawy sport", "Kickboxer", czy "Double team" jednak na zawsze pozostaną w mojej pamięci i JCVD zawsze będzie miał u mnie miejsce na piedestale.

Ostatnio Van Damme'a z dna wyciągnął Stallone za sprawą "Expendables 2". A jeszcze wcześniej wyciągnął się sam za sprawą właśnie "JCVD" - genialnego filmu, który dla mnie osobiście był absolutnym zaskoczeniem. Absolutnie pozytywnym zaskoczeniem muszę przyznać. Van Damme tutaj pokazał kim tak naprawdę jest. I tyle na ten temat. Polecam ten film z całego serca.

niedziela, 28 lipca 2013

Avalon, czyli polskie science-fiction, które urzeka

Avalon, 2001, Polska/Japonia, reż Mamoru Oshii

Po pierwsze - wielkie podziękowania dla Stacha, który przypomniał mi o tym filmie.
Znałem ten film już wcześniej, ale moja przygoda z nim zakończyła się wtedy jedynie na obejrzeniu trailera. Było to ponad 10 lat temu i szczerze mówiąc nie pokładałem wtedy w tym filmie żadnych nadziei. Myślałem sobie - polski film science-fiction? Nie może się udać.


Myliłem się.

Film nareszcie obejrzałem, było to kilka dni temu i jestem nim zauroczony aż do chwili obecnej.
Avalon mnie urzekł, wessał, zmiażdżył i wypluł - tak dobry jest to film. Możnaby rzec, że jest to takie małe polskie arcydzieło - a właściwie polsko-japońskie, bo film został zrobiony w kooperacji z Japończykami. I tutaj ciekawa sprawa - bo reżyserem tego filmu jest nie kto inny, jak pan Mamoru Oshii, czyli człowiek, który wyreżyserował kultowewgo już "Ghost In The Shell" (!). W roli głównej mamy natomiast śliczną Małgorzatę Foremniak, z czasów, gdy nie brała jeszcze udziału w marnych telewizyjnych przedstawieniach pokroju "Tańców na lodzie", czy innych "Idoli". Dochodzi do tego japoński budżet i efekty specjalne, za które byli odpowiedzialni. Czy więc taka mieszanka mogła się nie udać?


Otóż udało się i to wręcz z nawiązką, bo film jest po prostu przepiękny.
Począwszy od cudownych, kapitalnie przemyślanych ujęć, przy których wymiękają nawet te z "Black Hawk Down", a kończąc na wspaniałej orkiestrowej muzyce, która momentami powoduje ciarki na plecach - ten film to poezja dla oka i dla ucha.

No i klimat - wszystko to, połączone w jedną całość tworzy na ekranie klimat, którego pozazdrościć mogą "Avalonowi" nawet najnowsze, najwyżej oceniane produkcje. Ten klimat aż bije z ekranu i potrafi całkowicie zawładnąć umysłem odbiorcy. Nie każdy film to potrafi.

Fabuła nie jest może jakoś specjalnie skomplikowana, ale historia potrafi wciągnąć i zafascynować pomimo swojej prostoty. Prostoty, która jednak w pewnym momencie przestaje być taka prosta, a samo zakończenie filmu może okazać się niemałym szokiem dla widza. Nie napiszę oczywiście o co chodzi, ale zdradzę jedynie, że zakończenie filmu jest trochę inne, niż możnaby się było tego spodziewać - ale tak jak napisałem - to już trzeba zobaczyć na własne oczy.



Foremniak w tym filmie błyszczy i magnetyzuje. Mimo, iż nie jest to jakaś mocno wybitna aktorka, to tutaj kradnie każdy kadr. Gra głównie urodą, ale w przypadku tego filmu to jest akurat na plus, gdyż w połączeniu z całą resztą taka mieszanka po prostu się sprawdza.

Ten film jest odrobinę jak komiks, a każde ujęcie jest doskonale przemyślanym kadrem. Zaznaczam - każde - bo nie ma w tym filmie ani jednego ujęcia, które można by uznać "przypadkowym". Tutaj każda scena jest doskonale przemyślana i nakręcona i to się czuje podczas oglądania. Coś niebywalego, nawet w obecnych czasach.

Swoją drogą jestem bardzo ciekawy, jak potoczyłyby się wtedy losy tego filmu, gdyby nie był to film polski, a hollywódzki. Myślę, że wtedy zdobyłby niemało nagród na całym świecie. Co ciekawe - niedługo po "Avalonie" wyszedł "Matrix", który wyraźnie wydaje się kopiować z "Avalonu" kilka dobrych pomysłów. Już samo podobieństwo czołówki filmu do tej "matrixowej" jest conajmniej zastanawiające. Tyle że - tak jak napisałem - to Avalon był pierwszy. Matrix wyszedł dopiero później.



A o czym w ogóle jest ten film? W skrócie można napisać, że o wirtualnej rzeczywistości.
Avalon to gra przyszłości, gra wojenna, gra w której nasza bohaterka - Ash, grana przez panią Foremniak jest kimś w rodzaju "mastera na levelu 99999" i próbuje przedostać się na wyższy poziom rozgrywek, na którym to poziomie "wrażenia z gry" będą podobno jeszcze lepsze. Wydaje się głupie? Wcale takie nie jest, a sama fabuła zahacza przy okazji o całą masę innych wątków związanych z głównym tematem. Realny świat jest zarazem w tym filmie pokazany jako bardzo smutny, szary. Nie ma w nim emocji. Avalon okazuje się być jedyną odskocznią od szarości, brudu i całego tego smutku, który występuje w realnym życiu. W filmie jest to bardzo sugestywnie przedstawione. Cyberpunk "po polsku" w pełnej krasie!



Więcej o fabule nie napiszę, bo to trzeba zobaczyć samemu.

Polecam ten film każdemu kto go jeszcze nie oglądał - bo naprawdę warto.
To jeden z tych filmów, który mnie naprawdę urzekł - a muszę zaznaczyć, że zdarza mi się to niezwykle rzadko. W mojej ocenie: 10/10 i nie sugerujcie się marnymi ocenami dzieciaków na Filmwebie. Nie znają się. Tylko ja mówię jak jest. :) Aha - i bardzo żałuję, że nie poszedłem wtedy do kina, bo oddałbym wiele, żeby zobaczyć "Avalon" na wielkim ekranie...

Krótki trailer:




Poniżej magnet link do pobrania:
MAGNET LINK

niedziela, 14 lipca 2013

Apel w sprawie kradzieży roweru

Mojemu przyjacielowi skradziono rower. 

Rower został skradziony 10 lipca 2013 (środa) spod apteki na rogu ulic Wrocławskiej i Powstańców Śląskich w Warszawie (Bemowo). Za wszelkie wiarygodne informacje na temat roweru, które pozwolą odnaleźć rower lub sprawców przewidziana jest za to nagroda. Jeśli ktoś ma jakieś info (był tam, widział itp.) to bardzo proszę o pomoc.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Running Scared, A Scanner Darkly i Dom Zły, czyli 3 recenzje trzech doskonałych filmów

Tym razem będzie krótko, ale za to o kilku filmach za jednym zamachem. O filmach, które miałem przyjemność widzieć już wcześniej, a które w ostatnim czasie postanowiłem sobie odświeżyć.




1. "Running Scared"
 ("Potęga strachu")

2006, USA/Niemcy, 
reż. Wayne Kramer
Thriller, Dramat


Czyli film, który chyba nawet w ogóle nie był promowany w polskich kinach, przynajmniej ja go nie pamiętam.
A szkoda, bo to jeden z najbardziej trzymających w napięciu obrazów jakie widziałem. Co ciekawe, zagrany brawurowo przez znanego ze "Szybkich i wściekłych" Paula Walkera, który o ile w "Szybkich" zagrał jedynie poprawnie, to tutaj kradnie każdą scenę i udowadnia, że poza umiejętnościami za kierownicą, posiada również całkiem niezłe umiejętności aktorskie. Running Scared zaczyna się szybko, emocjonująco i efektownie, po czym akcja cofa się o kilka godzin, żeby pokazać nam co tak naprawdę się wydarzyło, że bohater wylądował nagle w takiej, a nie innej, w dodatku niezbyt ciekawej sytuacji. Ten film nie pozwala odpocząć ani na chwilę. Zaczyna się szybko, a potem jest jedynie jeszcze szybciej, żeby nie powiedzieć, że i wścieklej ;) Rewelacyjne dawkowanie napięcia, rewelacyjna, na maksa emocjonująca historia, która jest tak prosta, a zarazem tak nieprawdopodobnie absorbująca, że od ekranu oderwać się nie można ani na chwilę.


To co przytrafia się naszemu bohaterowi jest absurdalne, a zarazem normalne i w pełni logiczne, bo wywołane jedynie dziwnym splotem przypadkowych okoliczności. W skrócie - życie naszego bohatera w wyniku pewnych wydarzeń w ciągu jednej chwili wywraca się nagle do góry nogami i zostaje mu jedynie kilka godzin na "naprostowanie" sprawy, która nie do końca z jego winy wymknęła mu się spod kontroli. Celowo nie piszę o co tutaj chodzi, bo największą frajdę ma się z oglądania w momencie, gdy nie wie się absolutnie nic o fabule i całej tej historii. A historia - tak jak napisałem - jest dramatyczna i absurdalna w swojej prostocie, a jednocześnie pełna niesamowitych zwrotów akcji i twistów, wywołanych najzwyczajniej w świecie jedynie za pomocą wspomnianego wcześniej przypadku, który naszym życiem rządzi. W dodatku pędzi na łeb, na szyję, a czasu zaczyna być coraz mniej z każdą sekundą.


To tak jakby połączyć filmy Michaela Manna z sytuacjami i absurdami, które wymyślić może jedynie Tarantino. Running Scared to film, który każdy szanujący się kinoman obejrzeć po prostu musi, nie ma innej możliwości. Pozycja obowiązkowa. Szkoda, że nie był w Polsce zbytnio promowany.


Moja ocena: 8.5/10





2. "A Scanner Darkly" 
("Przez ciemne zwierciadło")

2006, USA, 
reż Richard Linklater
Thriller, SF

Film zrobiony niesamowicie dziwną techniką, mianowicie - obraz filmowy jest pokazany tak jakby był przepuszczony przez filtry, które robią z niego coś w rodzaju rysowanej animacji. Nie wiem jak to opisać, bo nigdzie indziej nie spotkałem się z taką techniką. Dziwny to jest zabieg, ale zarazem dodaje on do filmu niesamowitego, technologicznego klimatu, jakiego próżno szukać w filmach kręconych tradycyjną metodą. Jednym słowem - nie jest to film i nie jest to animacja, tylko coś pośrodku. Smaczku dodaje fakt, że film został nakręcony na podstawie jednej z najlepszych powieści mistrza Philipa K. Dicka, więc technika zastosowana w obrazie jeszcze bardziej zbliża nas do klimatów stworzonych na papierze powieści przez mistrza gatunku. Film jest dzięki temu zabiegowi niesamowity pod względem obrazu i klimatu i choć z początku trudno jest się przyzwyczaić do takiej formy, to jednak później można się w tym dosłownie rozpłynąć.


Historia jest dość mocno futurystyczna, a jednak bliska nam już dziś, bo zahaczająca o tematy elektronicznej inwigilacji, "Wielkiego Brata", który patrzy i problemów funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa. W dodatku opiera się również o temat uzależnienia od narkotyków, które są tu jednak jedynie pretekstem do pokazania całej tej wizji świata. Aktorzy, którzy tutaj zagrali tworzą na ekranie mieszankę, która wręcz rozsadza ekran. Zarówno Keanu Reeves, jak i fenomenalny w swojej roli Robert Downey Jr. po prostu rozsadzają ekran swoim aktorstwem i postaciami, które grają. Dorzućmy do tego równie rewelacyjnego, zwariowanego Woody'ego Harrelsona i śliczną, odmienioną tutaj nie do poznania Winonę Ryder i mamy naprawdę doskonałą, trzęsącą ekranem ekipę. Ten film jest ponadto szczery i ponadczasowy. Pomimo, iż przedstawia trochę odległe czasy, to jednak można się w nich odnaleźć, tak jakby to działo się "dziś".


Fabuła jest rewelacyjna, wręcz magnetyczna. Ale to trzeba zobaczyć na własne oczy, gdyż zabiegu jakiego dokonali tutaj twórcy nie da się naprawdę opisać słowami. Tutaj liczy się obraz. Film wciąga i zachwyca na każdym kroku, aż do totalnie zaskakującego finału. Pozycja obowiązkowa do obejrzenia.

Moja ocena: 8/10





3. "Dom Zły"

2009, Polska, 
reż. Wojciech Smarzowski
Thriller, Dramat

I na koniec chyba największe polskie arcydzieło ostatnich lat. Oglądałem go już kilka razy, ale jest to jeden z tych filmów, w których z każdym kolejnym seansem odkrywa się wciąż to nowe szczegóły (tym razem też kilka nowych zauważyłem). Film absolutnie fenomenalny, prawdziwie oryginale kino, w dodatku stworzone przez nas, a dokładnie przez moim zdaniem najlepszego obecnie polskiego reżysera - czyli Smarzowskiego. Dom Zły to przede wszystkim obraz o Polakach, o naszej mentalności i o tym do czego zdolny jest człowiek. To również film o "tamtych" czasach, czyli o brudnej rzeczywistości PRL-u, która jednak wcale aż tak bardzo nie różniła się od tego co mamy w obecnych czasach. Smarzowski jest tego świadomy i pokazuje to wszystko bez żadnego owijania w bawełnę, bez żadnego schodzenia w tematy tabu. Pokazuje obraz brudny, prawdziwy aż do bólu, momentami przerażający.


Ten film to absolutny majstersztyk, to coś czego w polskich kinie jeszcze w takiej formie nie było. Co ciekawe, historia bohatera przedstawionego w filmie jest tutaj jedynie pretekstem do pokazania tego wszystkiego. Historia trzeba zaznaczyć totalnie przerażająca i wciągająca w ekran jak czarna dziura. Duet sprawdzonych u Smarzowskiego jego naczelnych aktorów - czyli Dziędziel i Jakubik kreują na ekranie postacie tak realne i oddziałujące na widza, że jest to wręcz trudno opisać słowami. Do tego dochodzi doskonały Bartek Topa, rewelacyjna Kinga Preis i kapitalny w roli prokuratora Więckiewicz oraz cały bardzo dobry drugi plan. Mamy tutaj film totalnie pochłaniający, nie dający odpocząć, wciągający bez reszty i co najlepsze - niesamowicie inteligentny, gdyż Smarzowski nie traktuje widza jak idioty, a wręcz przeciwnie - jest świadomy inteligencji swojego odbiorcy i bawi się z nim, nie pokazując pewnych scen wprost.



Na temat tego filmu możnaby napisać książkę i pewnie jakieś tysiące analiz, więc ten krótki tekst napewno nie odda nawet w 1/1000 zajebistości tego arcydzieła. Bo arcydziełem ten film jest. Od samego początku, aż do piorunującego finału. Zostaje w pamięci na długo. Najlepszy polski film ostatniej dekady.



Moja ocena 9/10

piątek, 5 lipca 2013

Krótka animacja 3D do gry nad którą pracujemy

Jak w temacie, krótka animacja 3D z modelem do gierki, nad którą obecnie pracujemy. Model mój, animacja też. Wykonane w Blenderze:

Model 3D:



Film: