sobota, 31 maja 2014

Polityczno-satyrycznie, czyli nowy cykl

Rozpoczynam cykl filmów na YT pt. "polityczno-satyrycznie". Będzie to polegało na montażu kilku filmów, zawsze z puentą i przesłaniem, które pewnie i tak mało kto wyłapie. Tak czy siak - z góry zaznaczam, że nie ma to na celu obrażania, ani naśmiewania się z nikogo. Typowo satyryczne filmy, z lekkim, ukrytym przesłaniem. Kto nie załapie - trudno, kto się obrazi - trudno, robię swoje. Zaznaczam, że powinno się to oglądać z dźwiękiem.

Póki co, 5 pierwszych odcinków poniżej:

Część I - "I see dead people"



Część II - "Smoleńsk - wyjaśnienie tajemnicy"



Część III 
- "Ryszard Kalisz vs Batman"



Część IV 
- "Tusk i komornicy"



Część V 
- "Dyrektywa nr4"



Część VI 
- "Kupuję to za..."


Link do playlisty: https://www.youtube.com/playlist?list=PL7YPc2DoKQk9a3NAR24sz3p_AAmvVtTDk

czwartek, 29 maja 2014

X-men - Days of Future Past

Standardowo - artykuł nie zawiera spojlerów i nie zdradza fabuły.

Nareszcie premierę miała najnowsza odsłona "X-menów", czyli "Przeszłość, która nadejdzie". Nie ukrywam, że czekałem na ten film od dawna, zwłaszcza mając w pamięci jak bardzo dobra była "Pierwsza klasa". Przed seansem "First Class" miałem obawy - że jak to? Inni aktorzy, inne czasy, bez Stewarta, McKellena i Jackmana? Miałem obawy, bo bardzo lubiłem akurat ekipę w wykonaniu tychże jegomości. Niepotrzebnie, bo film okazał się świetny, a nowa, świeża obsada spisała się doskonale. Chemia jaką stworzyli pomiędzy swoimi postaciami McAvoy i Fassbender po prostu rozsadziła ekran, a młode wcielenia Profesora Xaviera i Magneta okazały się tak samo dobre w odbiorze jak ich starsze odpowiedniki w wykonaniu Patricka Stewarta i Iana McKellena. Oczywiście film idealny nie był, ale bardzo mi się podobał - głównie właśnie przez doskonale poprowadzoną relację pomiędzy Charlesem i Erikem. McAvoy i Fassbender po prostu dali radę i chyba każdy się z tym zgodzi.

Nowa obsada kupiła mnie, dlatego też tym razem przed nową odsłoną obaw nie miałem już żadnych, ba - co więcej - w pierwszej chwili, gdy tylko pojawiły się informacje, że w nowych "X-menach" spotkają się obie obsady zapiałem z radości. Mój entuzjazm lekko ugasił wypuszczony rok temu "Wolverine", który nie był tym czego się spodziewałem. Był to przyjemny film, jak najbardziej dobry, ale tylko dobry, gdyż z takim potencjałem można było zrobić film doskonały, niestety wyszło jak zawsze. Pomimo mojej ogromnej sympatii do postaci Wolverine'a i Hugh Jackmana w tej roli, ten film nie był absolutnie tym na co wtedy czekałem. Swoją drogą zastanawiam się czasami, dlaczego nikt nie wziął się za ekranizację "Weapon X" - mając taki materiał źródłowy, można by było zrobić z tego niezły kawał kina. Myślę, że powody są dwa - to mega brutalny komiks, który pokazuje zwierzęcą stronę Rosomaka, a co się z tym wiąże - przeczyłoby to już wizerunkowi jaki stworzył Jackman i musiałoby to wyjść z kategorią R, czego każdy unika jak ognia - z oczywistych finansowych względów. Mimo lekkiego zawodu spowodowanego "Wolverinem" jednak wciąż z niecierpliwością czekałem na "Przeszłość..". i tym razem nie zawiodłem się ani trochę. Ba, powiem więcej - film przerósł moje najśmielsze oczekiwania co do niego i bezapelacyjnie jestem go w stanie z marszu postawić na półce tuż obok "X2", który po dzień dzisiejszy jest dla mnie ideałem, jeśli chodzi o ekranizację serii o mutantach Xaviera i jednym z najlepszych filmów w ogóle, jeśli chodzi o ekranizację komiksów (tuż za "Batmanami" Burtona, które u mnie są na podium).

Jak wiadomo z opisów, fabuła nowych "X-menów" skupia się wokół podróży w czasie. Podróże w czasie to dość śliski temat i tak naprawdę ciężko z taką tematyką jest się zmierzyć, w sposób taki, aby nie popaść w paradoksy. Zemeckis próbował ubarwić wszystko w zabawę ze swoimi arcygenialnymi "Powrotami do przyszłości", co udało mu się znakomicie. Taki "Looper" znowu postawił na zupełnie coś innego i w zasadzie, co film, to inna wizja tego jak ma się to odbywać. Podróż w czasie to zawsze problematyczny twór, który niełatwo w kinie ogarnąć w sposób trzymający się logiki. W przypadku nowych X-menów zabieg udał się prawie, że dobrze, z jednym małym tylko zgrzytem, o którym nie napiszę, bo zdradziłbym część fabuły, a tego w zwyczaju nie mam. Wracając jednak do sedna - jesteśmy świadkami cofnięcia się w czasie Wolverine'a. Rosomak przy pomocy Kitty cofa się w czasie do lat 70-tych, aby spotkać się z młodym Xavierem i zjednoczyć mutantów w walce przeciwko czemuś, co przerośnie wszystkich w niedalekiej przyszłości.

Tym czymś są Sentinele - wielkie roboty bojowe, które zostały stworzone w celu eksterminacji mutantów i które jednak "lekko" wymknęły się spod kontroli, tym samym eksterminując również normalnych ludzi. I od tego zacznijmy jeśli chodzi o fabułę. Film bowiem rozpoczyna się brutalną wizją przyszłości - wizją, która pokazuje, że świat jaki istniał jest już jedynie garstką popiołu, a miejsce ma apokalipsa. W walce z tymi tworami nawet mutanci nie mają najmniejszych szans i niestety są z góry skazani na porażkę. Jedynym wyjściem, aby uratować siebie i cały świat jest próba cofnięcia się w czasie i postaranie się o niedopuszczenie do rozpętania wojny. Z zadaniem właśnie takim do lat 70-tych wysłany zostaje nasz Logan.

To co jest ciekawe - film dzieje się równolegle w dwóch rzeczywistościach, które różnią się tak bardzo, jak tylko mogą się różnić. Świat przyszłości (teraźniejszości?) przedstawiony jest nad wyraz brutalnie i mrocznie. Tu nie ma już nadziei, jest tylko wojna, apokalipsa i armageddon. Świata już nie ma -  świat nie istnieje, istnieją jedynie zgliszcza. Ostatni pozostali przy życiu mutanci, siłą rzeczy trzymający się razem przeciwko wspólnemu wrogowi bliscy są nieuchronnie zbliżającej się zagłady. Jedyną nadzieją na ocalenie są...oni sami, z przeszłości i Wolverine, który w tym filmie pełnić będzie rolę jedynego łącznika pomiędzy światami. Logan zostaje więc wysłany w przeszłość, do świata, który jest zupełnie inny. Największą różnicą jest przede wszystkim to, że "przeszły" świat jeszcze istnieje. Stajemy się więc świadkami przemieszania się dwóch zupełnie odmiennych ram czasowych - przyszłości - mrocznej i bez nadziei oraz przeszłości - wciąż kolorowej, żywej i z nadzieją na to, że normalne jutro nadejdzie, a z jego porankiem zaświeci słońce.

Nadziei tej pozbawiony jest jednak młody Charles, z którym spotkać "w przeszłości" musi się Wolverine. Młody Profesor, poprowadzony genialnie przez fenomenalnego w tej roli Jamesa McAvoya wciąż żyje wydarzeniami przedstawionymi nam w "First Class" i zamknięty w sobie unika kontaktu ze światem i z mocami jakimi kiedyś dysponował. Wolverine'a czeka więc trudna przeprawa - musi sprawić, aby młody Charles znów uwierzył w siebie i przede wszystkim - aby uwierzył w przyszłość, która zbliża się nieuchronnymi krokami. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, gdy na słowo uwierzyć trzeba komuś, kto twierdzi, że właśnie cofnął się w czasie.

To co jest świetne, to doskonale zarysowany motyw przyjaźni pomiędzy Charlesem i Erikiem. I to zarówno tymi młodymi jak i starymi wersjami. Nie ma tu sztuczności, jest chemia i cały ten motyw poprowadzony jest perfekcyjnie. Widz po prostu czuje chemię wylewającą się z ekranu i za to brawa zarówno dla scenarzysty jak i dla samych aktorów. Jeśli mowa o aktorach, to o całej obsadzie można wypowiedzieć się jedynie w samych superlatywach. Hugh Jackman jako Wolverine powtarza swoją rolę z poprzednich filmów plus jest tutaj jakby złagodzony i lekko zsunięty na dalszy plan, pomimo, iż jest osią napędową i jedynym łącznikiem pomiędzy obiema rzeczywistościami. Jest jak zawsze genialny w swojej roli i ma nawet kilka przezabawnych momentów, które naprawdę potrafią rozbawić. Widać na każym kroku, że Jackman bawi się rolą Wolverine'a i że czuje się w tej roli znakomicie. Jest kilka świetnych scen z jego udziałem, ale nie będę pisał jakich, żeby nie spojlerować. Stary dobry Wolverine jednym słowem, z pazurem w ręku. Napisałem powyżej, że Wolverine jest lekko zsunięty na dalszy plan dlatego, że pierwsze skrzypce gra jakby w tym filmie relacja pomiędzy Xavierem, a Erikiem, czyli pomiędzy Profesorem X i Magneto. Relacja rozpisana i zagrana koncertowo. Jak napisałem na początku, zarówno ich stare wersje, jak i te młodsze spisały się znakomicie, a zwłaszcza właśnie te młodsze w wykonaniu McAvoya i Fassbendera. Po raz drugi obaj panowie udowodnili, że obsadzenie ich w tych rolach było strzałem w dziesiątkę. Jest chemia, jest moc, jest przyjaźń i jest to pokazane spójnie. Jest w filmie kilka takich scen, które naprawdę trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby wiedzieć o czym mówię.

Zupełnie inną kwestią jest Jennifer Lawrence w roli Mystique, która o ile zbytnio nie przypadła mi do gustu w "First Class", tak tutaj zagrała koncertowo, a sceny z jej udziałem to mistrzostwo świata. Mystique w końcu jest pokazana taką jaką być powinna. Ostra, zimna, śmiertlenie niebezpieczna, ale też i mająca swoje powody i rozterki. Świetnie zarysowano jej postać od strony motywacji, gdyż naprawdę można tej postaci kibicować i czasami nawet współczuć. Lawrence sprawdziła się perfekcyjnie. O ile po "First Class" myślałem, że Rebecca Romijn była w tej roli lepsza, tak teraz zmieniłem zdanie. Ciekawostką może być fakt, że podobno planują oddzielny film poświęcony tylko jej postaci. Co jeszcze warto wspomnieć - relacja pomiędzy Mystique, a Magneto jest tutaj fajnie psychologicznie zarysowana i bardzo dojrzale przedstawiona, czasami wręcz w bardzo zaskakujący sposób, ale o tym więcej nie napiszę, żeby nie zdradzać najlepszego.

Wizualnie natomiast nowy "X-men" to majstersztyk - począwszy od samej początkowej bitwy z Sentinelami, poprzez mistrzowskie choreografie walk i wygląd samych scen, na wielu ciekawych pomysłach kończywszy. Od strony technicznej ten film to perełka i przebija nawet to co miałem okazję zobaczyć przy okazji "Pacific Rim". Scena z Quicksilverem coś mi się wydaję, że nawet przejdzie do historii swego czasu - jest tak dobra. Dawno już tak mi szczęka nie opadła na żadnym filmie. Celowo nie piszę o co chodzi, bo trzeba to zobaczyć samemu. 

Podsumowując - niewiele tutaj napisałem, gdyż nie chciałem rozpisywać się zbytnio o fabule, choć mógłbym, bo potrafiłbym o X-menach pisać godzinami - jestem wielkim fanem uniwersum, a komiksów posiadałem multum. Nie chciałem jednak tego robić, a jedynie krótko podsumować film i polecić go każdemu, bo proszę mi uwierzyć - jeśli nie wybierzecie się na nowych "X-menów", to stracicie ogromną szansę na kapitalny seans. Ten film po prostu trzeba zobaczyć i z czystym sumieniem daję mu ocenę 9,5/10. Poezja.


Klisza filmowa - spot reklamowy

Spot reklamowy, który zrobiłem w ramach zaproszenia na wernisaż Kuzynki - Iwony Opara, który odbędzie się 18 czerwca o godz. 17:00 w Nova Kino Przedwiośnie w Płocku. Zapraszamy!

środa, 21 maja 2014

Najlepsze sceny ze striptizem w filmach

Pierwszy tego typu temat tutaj, więc lecimy z najlepszymi scenami ze striptizem w filmach.

Miejsce III - Salma Hayek - From Dusk Till Down



 Miejsce II - Elizabeth Berkley - Showgirls



Miejsce I - Rebecca Romijn w filmie Femme Fatale:

sobota, 10 maja 2014

PHPOS - wesprzyj projekt na polakpotrafi.pl

Zapraszam wszystkich do wsparcia mojego projektu na platformie PolakPotrafi.pl.
Projekt ten to webowy system operacyjny pod nazwą PHPOS.
Wesprzyj projekt, lub przekaż tą informację dalej!


wtorek, 18 marca 2014

True Detective - arcygenialny serial

Standardowo - tekst bez spojlerów i tym razem krótko.
True Detective, czyli jak Szczygliś znowu zaczął oglądać seriale. Od bardzo dawna nie oglądałem żadnych seriali, z prozaicznego powodu - braku czasu.
Ostatnio jednak trochę wolnego czasu się pojawiło i wybór padł na "Detektywa". I jakie wrażenia? Ano wrażenia kapitalne. Dawno nie widziałem czegoś tak dobrego.


Przyznam się szczerze, że obejrzałem cały pierwszy sezon hurtowo - odcinek po odcinku, w ciągu jednej nocy i...chcę więcej. Serial jest arcygenialny, fabuła super wciągająca, a postacie stworzone przez McConaughay'a i Harrelsona mistrzowskie. Swoją drogą ten Oscar to się należał za tą rolę, a nie za to za co dostał, bo to dopiero tutaj, w tym serialu Mathew pokazał jakim aktorem jest.

A o czym jest ten serial? W skrócie jest to intryga kryminalna zahaczająca o thriller. Ktoś popełnia morderstwa na tle okultystycznym, pytanie kto? Sprawę starają się rozwiązać dwaj detektywi - wspomniani wcześniej McConaughay i Harrelson.


To co jest genialne w tym serialu, to historia, gra aktorska i zdjęcia, które są po prostu kapitalne. Wspomniani aktorzy przeszli samych siebie i stworzyli na ekranie duet, którego pozazdrościć mogą im najlepsi. Kto nie oglądał, ten niech żałuje i szybko nadrobi zaległości, bo "True Detective" to mistrzostwo świata. Polecam.



sobota, 15 lutego 2014

Robocop 2014 - o cholera, ten film się naprawdę udał!

Robocop 2014
UWAGA: Tekst standardowo nie zawiera spojlerów, więc można spokojnie przeczytać, nawet jeśli nie oglądało się filmu.

No i stało się, najnowszy Robocop został obejrzany. I jak jest? Jest dobrze! Po pierwszych trailerach i w ogóle po informacjach, o tym, że powstaje remake podejście miałem dość sceptyczne. Szczerze napisawszy, nie miałem nawet zamiaru tego oglądać, gdyż traktowałem to z góry jako czystą profanację klasyka Paula Verhoevena z 1987 roku. No i tak po 2 latach doszło w końcu do premiery, a moje odczucia odnośnie filmu zbytnio się nie zmieniły. Zmieniły się natomiast po przeczytaniu (jednej z pierwszych) recenzji na KMF-ie, która co mnie zaskoczyło - była recenzją jak najbardziej pozytywną. Mimo wszystko jednak lekko wciąż wątpliłem. Szalę przeważyła jednak kilka dni potem moja Koleżanka - Ewelina, która zdała mi relację z wizyty w kinie i znowu - jak najbardziej pozytywną. Idąc więc za ciosem - postanowiłem film obejrzeć i wcale tego nie żałuję (dzięki Ewelinko :) )

No to mam +100 do zajebistości
Moje wrażenia? Po pierwsze - jest to jak najbardziej udany film! Strach pomyśleć jaki byłby to film, gdyby reżyser zrealizował swoją wizję do końca, bo jak wiadomo pracę na planie miał syzyfową, gdyż producenci ciągle robili jakieś problemy. Przypuszczam, że gdyby nie te kłótnie, to film byłby jeszcze lepszy, ale i tak - jest dobrze. Jest nawet bardzo dobrze. Klasyk nie został w żaden sposób sprofanowany i to się chwali. Film przede wszystkim w żaden sposób nie stara się na siłę kopiować pomysłów Verhoevena - a wręcz przeciwnie, widać w nim, że reżyser miał swoją wizję, którą z konsekwencją (pomimo problemów) zrealizował. Nowy Robocop jest po prostu inny, ale czuć w nim wciąż ducha oryginału. Nie jest ani gorszy, ani lepszy - jest zwyczajnie inny, w innym klimacie, w innej tonacji.

Na szczęście prawą zostawili,
If you know what I mean ;)
Co ciekawe - wizja reżysera jest spójna i logiczna, co się rzadko w remake'ach zdarza. Nie ma tutaj nic na siłę, jest tak jak być powinno, a fabuła, mimo iż nie jest jakąś wybitnie skomplikowaną intrygą, to jest taka jaka być powinna - poprawna. W zasadzie nie ma się tutaj do czego przyczepić. Historia jest spójna, wyważona i pozbawiona absurdów. Jest taka jak być powinna. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to to, że jest to historia trochę za krótka i kilka wątków można byłoby rozwinąć, zaś sam film wydłużyć o jakieś 30 minut, ale i tak jest dobrze tak jak jest.

Panie, masz chody u Batmana, idź powiedz, żeby mi oddał rękę.
Tak jak napisałem dwa akapity wyżej - nowy Robocop jest inny i w żaden sposób nie stara się być kopią oryginału. Pewne elementy oczywiście są podobne - mamy tutaj wielką korporację militarną, czyli OCP, mamy motyw "zabójstwa" Alexa Murphy'ego, mamy motyw zrobienia z niego maszyny, motyw szukania swojego człowieczeństwa wewnątrz tony metalu i motyw zemsty na swoich oprawcach. Mamy również kultowego EDa-209, który o ile designowo nie podobał mi się w trailerach, to w filmie prezentuje się całkiem dobrze. Mamy więc fabularny zarys bardzo podobny do oryginału, ale poprowadzony zupełnie inaczej - ani gorzej, ani lepiej, po prostu inaczej.

Tusk detected. ARREST MODE ON.
To co mnie najmocniej śmieszyło i dobijało zarazem  w trailerach, materiałach prasowych i fotkach z planu - czyli nowy pancerz Robocopa, w filmie prezentuje się nad wyraz dobrze i jego konstrukcja jest tutaj bardzo logicznie wytłumaczona. Jest w tym filmie kilka fenomenalnych scen i pomysłów odnośnie tego pancerza, które naprawdę mnie urzekły, ale... trzeba to zobaczyć samemu - nie mam zamiaru nikomu spojlerować. Trzeba zobaczyć to na własne oczy. Nowy Robocop jest naprawdę bardzo racjonalnie i logicznie "zrobiony" jeśli chodzi o kwestie techniczne połączenia człowieka z maszyną. Za to ogromny plus dla twórców.

Batmanowi pyskujesz?
Również aktorzy spisali się tak jak powinni byli się spisać. Jest tak jak być powinno, a nowemu Alexowi Murphy'emu kibicuje się tak samo mocno, jak kibicowało się Peterowi Wellerowi w oryginale. Aktor, który wcielił się w nowego Robocopa jest mi - przyznam szczerze - całkowicie nieznany, ale spisał się w swojej roli jak najbardziej poprawnie. Pozostała ekipa spisała się tak samo - po prostu zagrali tak jak zagrać powinni, bez szarżowania, zwyczajnie poprawnie - zarówno Gary Oldman, jak i Samuel L. Jackson. Na większą uwagę zasługuje jednak tutaj Michael Keaton, który w roli szefa OCP wypadł nawet lepiej, niż poprawnie. No, ale Keaton to Keaton - klasa sama w sobie. Swoją drogą, fajnie było znowu zobaczyć go na ekranie. Drugi/trzeci plan również wypadł bez zarzutu. Ogólnie solidna, poprawna robota. Aż dziw bierze, że pomimo (podobno) tylu kłótni na planie wszystko to zatrybiło i zwyczajnie się udało.

Ciekawe, czy każą zdjąć kask do fotki do paszportu
Może brakować jednego - krwi i flaków - tej przemocy i tego ciężkiego groteskowego klimatu, którym oryginał wręcz ociekał, ale jest to na tyle inna historia, że praktycznie się tego nie odczuwa. Zresztą sceny rodem z oryginału zwyczajnie by nawet nie pasowały do tej nowej wersji, gdyż to zupełnie inna bajka i inna forma, wcale nie gorsza - po prostu inna. Jest za to wiele nawiązań, takich typowo "smaczkowych", w stylu "Żywy, lub martwy pójdziesz ze mną", albo "Nie martw się, naprawią cię". Momentami przygrywa nawet motyw przewodni znany z oryginału. 

I to tyle. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał nowego Robocopa, a obawia się rezultatu, to śmiało takim osobom napiszę - bez obaw, nie ma żadnej profanacji klasyka, a wręcz przeciwnie - wyszedł z tego naprawdę dobry i solidny film, który jak najbardziej warto jest obejrzeć.



środa, 12 lutego 2014

Masakra w Magdalence

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o (nie)sławnej akcji w podwarszawskiej Magdalence 6 marca 2003 roku. Z pozoru standardowa akcja zatrzymania dwóch gangsterów przerodziła się wtedy w prawdziwą masakrę, podczas której śmierć poniosło dwóch antyterrorystów, a 17 z nich zostało ciężko rannych. Akcja ta wywołała potem prawdziwą polityczną burzę i stworzyła rysę na wizerunku jednostek specjalnych - ale czy na pewno? Otóż nie na pewno. Prawdziwych winnych oficjalnie nie znaleziono do dnia dzisiejszego - za to oskarżono wtedy kilka osób z dowodzenia, aby wystawić mediom kozła ofiarnego na pożarcie. Akcja ta dobitnie pokazała, jak bardzo rozwalone są w Polsce procedury, jak absurdalne jest prawo i jak daleko sięga w Polsce korupcja i przecieki na najwyższych szczeblach władzy.

Co się zatem wydarzyło wtedy w Magdalence?
Około 40 minut po północy dwa oddziały antyterrorystów podjechały pod posesję znajdującą się w lesie w podwarszawskiej Magdalence. Był to ogrodzony, piętrowy domek, znajdujący się w lesie. W domku tym znajdowało się dwóch uzbrojonych po zęby gangsterów. Zadanie policyjnych antyterrorystów było proste - rutynowe można powiedzieć, gdyż przerabiali takie scenariusze już nie raz. I tym razem miało być tak samo - szybkie wkroczenie, element zaskoczenia i zatrzymanie. I pewnie tak by się właśnie stało, gdyby nie fakt, że gangsterzy zebrali na miejscu arsenał, jakiego nie powstrzydziły by się najlepsze terrorystyczne bojówki, o czym jednak policjantów nie poinformowano - pomimo, iż takie informacje były. Zamiast tego - wysłano ich tam na pewną śmierć.

Około godziny 00:44 pierwszy oddział AT wkroczył na teren posesji lokując się pod drzwiami frontowymi domu. Drugi oddział wkroczył terenowym Land Roverem, taranując bramę wejściową. Oba oddziały znalazły się pod domem w celu wkroczenia i zatrzymania gangsterów. Niestety pojawił się problem - drugi oddział AT pojawił się przy bocznej stronie domu w celu wkroczenia bocznymi drzwiami, których...nie było. Drzwi jednak żadnym magicznym sposobem nie wyparowały, lecz co się okazało - plany domu przekazane przez dowództwo były błędne i pokazywały wejście do posesji, którego w rzeczywistości tam nie było. Jako, iż drzwi frontowe okazały się jedynymi drzwiami prowadzącymi do środka - oddział numer 2 dołączył do oddziału numer 1 i oba oddziały postanowiły wykonać wspólny desant przez drzwi frontowe. Gdy obie drużyny znalazły się pod drzwiami zaczęła się masakra.

Rozległa się eskplozja i oba oddziały rozstały rozrzucone na boki. Okazało się, że drzwi były sprytnie zaminowane, a pod drzwiami zakopany był silny ładunek wybuchowy. Bomba była sprytnie ukryta, a przewody detonacyjne pochowane pod framugami i pod śniegiem. Co najgorsze - sama bomba przygotowana została w taki sposób, aby zranić i zabić jak najwięcej osób - została wzmocniona śrubami i gwoździami, które w momencie wybuchu rozprysnęły się z ogromną siłą, szatkując policjantów.



Dariusz Marciniak
Najciężej ranny został podkom. Dariusz Marciniak, antyterrorysta z Zarządu Bojowego CBŚ. Został trafiony odłamkiem w głowę i w nogę. Zginął na miejscu, wykrwawiając się. Drugi najciężej ranny - nadkom. Marian Szczucki zmarł tydzień później w szpitalu w wyniku poniesionych obrażeń. Poza tymi dwiema ofiarami, rannych zostało jeszcze 17 innych funkcjonariuszy. Po ekspozji miny ukrytej pod drzwiami, policjanci zostali ostrzelani z okien na piętrze - gangsterzy dysponowali wg źrodeł ponad 29 sztukami broni maszynowej. Na policjantów posypał się grad kul, zostali również obrzuceni granatami, w które także uzbrojeni byli bandyci.




Po długiej wymianie ognia, gangsterzy zostali znalezieni martwi - żadna z policyjnych kul jednak ich nie dosięgła - zginęli w wyniku zatrucia tlenkiem węgla w wyniku pożaru jaki wybuchł w domu. Jak się okazało - jeden z gangsterów był byłym członkiem rosyjskiego Specnazu, a arsenał jaki znaleziono na miejscu wprawił w osłupienie nawet śledczych. Okazało się, że przestępcy byli uzbrojeni w broń krótką, długą maszynową, granaty i miny - a wszystko to rozlokowane pod każdym z okien leżące na stolikach. Przestępcy prowadzili więc nieprzerwany ostrzał ze wszystkiego co mieli pod ręką - bez potrzeby przerywania walki w celu przeładowywania broni, czy udawania się po nią w inne miejsce. To była masakra i akcja na którą funkcjonariusze nie byli gotowi.

Z relacji antyterrorystów, którzy przeżyli szturm wyłania się obraz totalnego chaosu, jaki wtedy tam panował. Jak wpomina jeden z antyterrorystów, biorących udział w akcji:

"...ustawiliśmy się pod drzwiami w celu rozpoczęcia szturmu. Kiedy usłyszałem człowieka w środku wtedy nastąpiła pierwsza detonacja. Straciłem przytomność. Próbowałem się odczołgać, było bardzo głośno, koledzy odciągnęli mnie w miejsce zakryte. Najgorsza była ewakuacja rannych bo długo karetki nie przyjeżdżały... ...wyszły braki w naszym uzbrojeniu jednostki, broń się zacinała, osoby ranne dawały nam swoją amunicje... Na odprawie pozostawiono broń snajperską, zdeponowano nam karabinki snajperskie na terenie komendy stołecznej Policji... ...Nasz przyjaciel, który zginął tam nie zginął bezpośrednio od broni, ale z szoku i wykrwawienia, nie było żadnego zaplecza medycznego. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dowódcy mówią wprost co innego a jeszcze inaczej do kamer..."

Na domiar tego wszystkiego - okazało się, że plany posesji jakie przekazano funckjonariuszom były błędne, co więcej - "góra" nie zgodziła się na użycie broni szturmowej i snajperskiej - rzekomo z powodu braku dobrych pozycji dla snajperów, co później jeden z byłych snajperów anonimowo zdementował, stwierdzając, że kilka miejsc dogodnych do rozlokowania snajperów według niego jednak było. Jeszcze inny policyjny snajper wspominał później, iż bajzel jaki panuje w dowództwie jest ogromny. Strzelec przytoczył historię z jednej z akcji w jakiej brał udział, osłaniając swoich kolegów za pomocą broni snajperskiej. Funkcjonariusze znaleźli się wtedy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, więc pomimo braku rozkazu oddał strzał raniąc uzbrojonego przestępcę, ratując tym samym swoich kolegów. Ze słów snajpera następnie padają informacje o tym co działo się później - został on oskarżony o bezpodstawne użycie broni, a procesy sądowe ciągnęły się miesiącami. Na czas akcji w Magdalence cała broń snajperska została zdeponowana i na akcję nie zabrano ani jednej sztuki tego typu uzbrojenia. Co więcej - nie zapewniono policjantom żadnej pomocy medycznej, a pierwsza karetka została wysłana na miejsce dopiero po tym, gdy część funkcjonariuszy wykrwawiała się już w najlepsze. Co gorsze - karetka nie mogła podjechać pod posesję, gdyż trwał ciągły ostrzał - chłopaki sami wynosili rannych kolegów będąc pod ciągłym ostrzałem z broni maszynowej i granatów.

Z relacji policjantów wyłania się jeszcze gorsza sprawa - otóż w jakiś sposób gangsterzy dowiedzieli się o planowanym szturmie i dzięki temu byli w stanie w tak doskonały sposób przygotować się do obrony. Według pragnących zachować anonimowość funkcjonariuszy - zostali oni poinformowani o akcji przez kogoś "z góry", a policjantów wysłano tam na pewną masakrę. Co jeszcze lepsze - według wielu ekspertów cała operacja powinna była zostać przeprowadzona na zasadzie operacji wojskowej, a nie policyjnej. W operacji wojskowej chodzi o eliminację celu i obowiązują zupełnie inne procedury, niż w przypadku operacji policyjnej, podczas której zadaniem jest jedynie zatrzymanie przestępcy, bez powodowania żadnych ofiar i obrażeń.

Najlepsze jednak zaczęło się później - wkrótce po całej akcji ruszyła machina sądowa w celu ukarania winnych. Jako kozły ofiarne wystawiono 3 osoby - naczelniczkę wydziału ds. walki z terrorem kryminalnym Komendy Stołecznej Policji, dowódcę oddziału antyterrorystycznego Komendy Głównej Policji oraz zastępcę komendanta Komendy Stołecznej Policji. Proces miał charakter typowo medialny - miał wskazać winnych i rzucić ich na pożarcie. W wyniku kolejnych procesów zostali oni jednak uniewinnieni.

Winnych przecieku "na górze", pomimo wielu spekulacji - nie odnaleziono i nie ukarano do dziś.


środa, 22 stycznia 2014

Fahrenheit, czyli gra która mnie urzekła.

Oto chyba pierwsza recenzja gry, a nie filmu tutaj.
Jakiś tydzień temu miałem przyjemność w końcu sobie w nią zagrać, poświęciłem na to dwie nocki i nie żałuję. Zacznijmy od tego, iż jest to dość stara gra, bo z 2005 roku. Pisano o niej dużo dobrego, ale tak jakoś się złożyło, że nigdy nie miałem okazji w nią zagrać i jej skończyć - aż do tamtego tygodnia, gdy postanowiłem sobie zrobić "seans" z tą grą. Słowo "seans" jest tutaj jak najbardziej poprawne, gdyż ta gra bardziej przypomina interaktywny film, niż klasyczną grę.

Fahrenheit to pierwsza gra studia Quantic Dream - studia, które wydało całkiem niedawno bardzo dobre "Heavy Rain" na PS3, które też miałem okazję skończyć. I mimo, iż "Heavy Rain" to bardzo dobra gra, to nie dorasta nawet do pięt ich pierwszemu produktowi, jakim był właśnie "Fahrenheit", mimo iż obie te gry są bardzo podobne do siebie, jeśli chodzi o formę - obie są tak jakby interaktywnymi filmami. To co je różni to przepaść technologiczna, bo nie można porównywać gry z 2005 z grą z 2010 roku. To co jednak jeszcze bardziej je różni, to przepaść jeśli chodzi o fabułę - "Heavy Rain" może jedynie całować stopy "Fahrenheitowi".

Jak już wspomniałem gra wygląda jak film, w którym bierzemy udział. Nie byle jaki film, gdyż na podstawie opowieści przedstawionej w grze można by nakręcić ze dwa dobre kryminały, albo napisać dobrą książkę. Fabuła jest w tej grze kluczowa i to w niej przede wszystkim tkwi siła tej gry. 

Rozpoczynamy grę mordując w restauracyjnej ublikacji Bogu ducha winnego człowieka. Tyle tylko, że podczas morderstwa nie jesteśmy sobą i "ocykamy się" już po fakcie z niedowierzaniem - co myśmy właśnie uczynili? I tutaj zaczyna się cała historia - historia podczas, której będziemy starali się dowiedzieć jakim cudem stało się to co się stało i kto tak naprawdę za tym stoi. Historia zagmatwana, skomplikowana i co najciekawsze - wielowątkowa i widziana z różnych perspektyw. Z różnych perspektyw dlatego, że w grze przyjdzie nam kierować nie tylko głównym bohaterem, ale również i innymi osobami zaangażowanymi w całą sytuację, m.in. parą policjantów badających całe sprawę i prowadzących śledztwo. Kierujemy więc wydarzeniami zarówno od strony "wilka", jak i "owcy", na którą polują. Co ciekawe - powiem tylko, że i trochę mistycyzmu jest w całej tej historii. Więcej o fabule nie napiszę, żeby nie zdradzać szczegółów - napiszę jedynie, że jest to tak wciągająca historia, że człowiek nawet nie zauważa, że minęła już cała noc, a sytuacja jeszcze się nie wyjaśniła i chce się w to brnąć dalej i dalej, żeby tylko wyjaśnić zagadkę. 

Sposób prowadzenia fabuły jest genialny - wcielamy się raz to w rolę głównego winowajcy, który nawet nie pamięta tego co zrobił, a zaraz po chwili w oficerów policji, którzy za zadanie mają dotrzeć do sprawcy mordu. Jest to absolutnie genialne i co najciekawsze - w każdej chwili mamy do wyboru, którą możliwość wybierzemy i którą postacią będziemy kierować. Losy postaci są ze sobą tak powiązane, że czasami ciężko dokonać wyboru, gdyż ciekawość tego co w danej chwili dzieje się "po drugiej stronie barykady" jest ogromna, a wyborów takich jest dużo i wybierając jedno, możemy przeoczyć drugie. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy nie zagrać drugi raz, dokonując zupełnie innych wyborów i zobaczyć co się działo "po drugiej stronie" w momencie, gdy kierowałem postacią, którą kierowałem w danym czasie.

Od strony graficznej gra również zniewala. Jasne, że to już nie są obecne czasy, gdy grafika jest wywindowana do granic możliwości komputerów, ale to nawet dobrze, ponieważ grafika jest taka jaka być tam powinna, bez żadnych zbędnych wodotrysków. Na uwagę zasługują przede wszystkim wspaniale zaprojektowane lokacje, które...żyją i są dopracowane w najmniejszym szczególe. No i klimat - klimat zimy, zimna, śniegu...coś pięknego. Żadna inna gra nie stworzyła nigdy tak smętnego, zimowego klimatu miasta, który się odczuwa wręcz na własnej skórze. Nazwa gry jest zresztą adekwatna do klimatu - klimatu dosłownie i w przenośni. Coś przepięknego.

Oddzielne brawa należą się postaciom - to są ludzie z krwi i z kości! Każda z postaci w grze ma swój charakter i swoje własne życie - zarówno prywatne, jak i zawodowe. Również i relacje pomiędzy postaciami są niebywale spójne i logiczne. Są takie, że po prostu człowiek w to wierzy - nie ma w tym ani krzty przekłamania i niczego na siłę. Rewelacyjna robota. Tak samo to wygląda od strony technicznej - ta gra to przykład jak powinno się wykorzystywać motion-capture w grach. Każdy nawet najmniejszy ruch postaci był bowiem tutaj odgrywany przez prawdziwych ludzi, obłożonych aparaturą do rejestracji ruchu. Do tego głos każdej z postaci podkładali lektorzy, którym idealnie udało się wczuć w swoje role. Kawał naprawdę rewelacyjnej roboty, dzięki której te postacie ŻYJĄ  na ekranie i wydają nam sie prawdziwe. Jako ciekawostkę dodam, że w jedną z postaci wcieliła się Winona Ryder - tak, ta Winona Ryder.

Jeszcze oddzielną kwestią jest udźwiękowienie tej gry. Powiem tylko, że gra posiada jeden z najlepszych soundtracków jakie słyszałem w grach. Muzyka jest po prostu przepiękna. Gdyby to był film, a nie gra, to przypuszczam, że i Oscar mógłby się należeć. A trzeba też dodać, że poza motywami przewodnimi, zagranymi przez orkiestrę symfoniczną mamy tutaj też muzykę totalnie niezwiązaną z tematem, jak np. utwóry, które przygrywają nam w radiu, albo podczas meczyka w koszykówkę (tak, można w tej grze nawet zagrać w kosza, można też iść na siłownię i się poboksować i wiele wiele innych smaczków).

Fahrenheit mnie osobiście wchłonął, zjadł, przeżuł i wypluł - tak doskonała jest to gra i jestem pewny, że jeszcze do niej wrócę. To jedna z tych gier, które zostają w pamięci, tak jak ma to miejsce z dobrymi filmami. Kto nie grał - lektura obowiązkowa. Szkoda, że obecnie nie tworzą już takich perełek. Bo to perełka jest, bezapelacyjnie.





Poniżej trailer "Fahrenheita" (TAK wygląda gra, to nie są żadne renderingi, w tych momentach STERUJE się bohaterami i bierze się w tym udział. Emocje i epickość gwarantowane! Zaręczam i polecam!):



A tutaj - bonusowo trailer nowszej gry z tego studia, czyli "Heavy Rain", o której wspomniałem na początku:



I jeszcze jeden bonus - soundtrack z gry:

I jeszcze jeden bonus, wspomniana Winona Ryder:




No to co? Ktoś chce zagrać w filmie?
Gra do kupienia za grosze w Empikach, a gdyby kogoś nie było stać to na torrentach mają promocję: LINK
Polecam do niej pada.