Tak się właśnie robi dobre trailery:
sobota, 21 grudnia 2013
sobota, 7 grudnia 2013
Alternatywne zakończenie Predatora2
Predator 2 to doskonały film. W niczym nie ustępuje części pierwszej, przynajmniej jak dla mnie. Co więcej - osobiście wolę drugą część, niż pierwszą. Mimo, iż "jedynka' jest idealna to mimo wszystko bardziej pasuje mi klimat "miastowy". Jest po prostu ostrzejszy. No dobra, a teraz koniec tego dobrego, bo mam zamiar zniszczyć komuś dzieciństwo.
Oto proszę Państwa alternatywne zakończenie Predatora 2.
I nie, to nie jest fake, tylko film oficjalny. Zaczyna się od 0:24, wcześniej same napisy:
I nie, to nie jest fake, tylko film oficjalny. Zaczyna się od 0:24, wcześniej same napisy:
Podziękowania za zniszczone dzieciństwo proszę zostawiać w komentarzach. :)
niedziela, 1 grudnia 2013
Paul Walker nie żyje
Wstaję dzisiaj, przeglądam wiadomości i widzę wiadomość, że... Walker nie żyje. Pierwsza moja myśl - coś chyba źle widzę i że to pewnie wina porannego kaca. Przecieram oczy i widzę to samo - myślę więc, że chyba komuś się daty pomyliły, bo dziś na pewno nie jest 1 kwietnia, tylko 1 grudnia. Przecieram znowu oczy, patrzę na datę - no jednak nie prima aprilis... Jeden z moich ulubionych aktorów zginął dziś w nocy. Miał raptem 40 lat. Według tego co udało mi się doczytać, jechał jako pasażer w aucie kolegi. Było to sportowe Porshe. Wypadli z drogi jadąc z ogromną prędkością i uderzyli w drzewo. Auto spłonęło, oboje zginęli na miejscu... Nie spodziewałem się dzisiaj takiej wiadomości, naprawdę. Walker był jednym z moich ulubionych aktorów, bardzo sympatycznym gościem, nie dało się go nie lubić. Większość zapewne kojarzy go jedynie z "Szybkich i wściekłych", ale tak naprawdę miał na swoim koncie o wiele ciekawsze filmy, niż ta blockbusterowa saga. Swoją drogą, czy to nie ironia losu? Ikona "Szybkich i Wściekłych" ginie nie inaczej jak właśnie w wypadku samochodowym... Szkoda, naprawdę mi szkoda.
Auto, którym jechał Walker dosłownie owinęło się wokół drzewa, nic praktycznie z niego nie pozostało. Po uderzeniu stanęło w płomieniach z tego co udało mi się przeczytać w zagranicznych mediach. Znalazłem też jedno zdjęcie z tego miejsca w momencie, gdy straż pożarna kończy już dogaszać samochód.
Przypomnę może dwa moje ulubione filmy z jego udziałem - i tak jak napisałem, nie będą to "Szybcy i wściekli", tylko bardzo pozytywny w odbiorze "Into the blue" i przegenialny "Running scared".
Rest in peace Paul Walker... :(
Auto, którym jechał Walker dosłownie owinęło się wokół drzewa, nic praktycznie z niego nie pozostało. Po uderzeniu stanęło w płomieniach z tego co udało mi się przeczytać w zagranicznych mediach. Znalazłem też jedno zdjęcie z tego miejsca w momencie, gdy straż pożarna kończy już dogaszać samochód.
Przypomnę może dwa moje ulubione filmy z jego udziałem - i tak jak napisałem, nie będą to "Szybcy i wściekli", tylko bardzo pozytywny w odbiorze "Into the blue" i przegenialny "Running scared".
Rest in peace Paul Walker... :(
Tutaj więcej informacji: http://www.nydailynews.com/entertainment/gossip/paul-walker-dies-crash-report-article-1.1533786
Zdjęcia z wypadku:
wtorek, 26 listopada 2013
ArtWorkShop Promo Video
Artworkshop - krótki film promocyjny.
Oglądać na luzie, z podkręconym dźwiękiem, w HD i z piwkiem w ręku :)
Oglądać na luzie, z podkręconym dźwiękiem, w HD i z piwkiem w ręku :)
poniedziałek, 11 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
Kino science-fiction ostatnich miesięcy - podsumowanie
Jako, iż zbliża się końcówka roku, to postanowiłem napisać czym takim ciekawym uraczyło nas kino w ostatnim czasie, jeśli chodzi o tematykę science-fiction. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych, więc i napisanie tych kilku słówek będzie dla mnie przyjemnością. Bo jest o czym pisać. Ostatnie miesiące przyniosły niezły wysyp tego typu filmów - jedne gorsze, inne lepsze, ale nie zmienia to faktu, że trochę ich jednak było, a w najbliższym czasie czekają nas następne, jak np. przyszłoroczny "Robocop", czy mający dziś polską premierę drugi "Thor", choć tego drugiego pod s-f podczepić można jedynie na siłę. Wróćmy jednak do tego co było i miało już swoją premierę. Uwaga - artykuł może zawierać małą szczyptę spoilerów (ale bardzo małą), gdyż z góry zakładam, że każdy czytający oglądał wspominane tutaj filmy.
Na pierwszy ogień poleci trzeci i ostatni "Iron Man", który mimo, iż zakończył swoją "pojedynczą" przygodę z kinem, to pojawi się w nim ponownie za 2 lata za sprawą drugich, a potem trzecich "Avengersów". Zapewne też przy okazji pojawi się epizodycznie w którymś z pozostałych filmów dotyczących uniwersum, czyli w "Thorze", lub "Kapitanie Ameryka". Wracając jednak do filmu - czekałem na niego z niecierpliwością, a rewelacyjne trailery jedynie podgrzewały moje oczekiwania. I nie zawiodłem się, ale też i nie wzniosłem pod niebiosa, gdyż kilka rzeczy w tym filmie można było moim zdaniem rozwiązać inaczej. Szczerze mówiąc żadnym tam fanboyem komiksowego Iron Mana nigdy nie byłem, ale film (mówię o pierwszej części) wessał mnie od razu. Zasługa jednak w tym genialnego Downeya Jr., który chyba urodził się do tej roli i przeszedł sam siebie grając Tony'ego Starka. Swoją drogą ciekawy jestem jak potoczyły by się losy filmów z Iron Manem, gdyby Starka zagrał ktoś inny, mniej charyzmatyczny. Coś mi się wydaje, że mogłoby być blado.
Trzecia część przygód Starka to oczywiście "więcej akcji, więcej efektów i więcej wszystkiego", ale także i dość sensowne zakończenie przygody. Fajnie było zobaczyć Starka w sytuacji, gdy cała jego technologia sypie się w mgnieniu oka i zostaje pozostawiony sam na pastwę losu ze zbroją, która nagle staje się jedynie kupą bezużytecznego złomu. Film to był bardzo dobry, ubawiłem się na nim świetnie, ale niestety był to typowy blockbuster, ot taka zabawa bez trzymanki i to dla każdego, bez względu na to czy był fanem komiksowego Iron Mana, czy nie. Dobre kino, godne zakończenie trylogii i arcygenialny Robert Downey Jr., którego w roli Starka można oglądać w nieskończoność.
Jeśli pojawił się tutaj "Iron Man" to i Supermana pod science-fiction można na siłę podczepić, a więc teraz pokrótce o tegorocznym "Man of Steel", czyli od lat oczekiwanej reaktywacji spod pióra (kamery?) Zacka Snydera. Tak jak na "Iron Mana", tak i na Supermana czekałem z niecierpliwością i również się nie zawiodłem, choć tak jak w przypadku wcześniej wspomnianego filmu - nirwany nie uświadczyłem i gdzieś tam w duchu spodziewałem się czegoś minimalnie innego, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że po trailerach spodziewać można się było arcypoważnego filmu, który potraktuje Clarka Kenta przede wszystkim psychologicznie, a nie pod kątem jego nieziemskich możliwości. I owszem, Snyder skupił się na "człowieczeństwie" bohatera, ale to i tak nie było jeszcze do końca to, czego np. dokonał Nolan biorąc na tapetę Batmana. Zabawa jednak była przednia i choć w pewnych momentach wysoce nielogiczna, to jednak nowy Superman dał mi dużo frajdy podczas oglądania.
Co mnie bardzo w "Man of Steel" najbardziej zaskoczyło, to rola Russella Crowe'a. Facet, który zazwyczaj gra na automacie i którego bardzo rzadko spotkać można w roli kogoś, kto nie gra kolejnego Maximusa, tutaj zagrał nad wyraz ciekawie. Nie jest to może występ na miarę przegenialnego "L.A.Confidential", ale naprawdę dał tutaj radę i stworzył postać z charakterem, którą ogląda się na ekranie z niesamowitym zaangażowaniem. Podobnie dobrze spisała się Diane Lane, natomiast totalnie drażniąca okazała się Amy Adams, której ja osobiście po prostu oglądać nie mogę. Tak, czy inaczej nowy Superman to godne przelanie komiksu na ekran. Kawał dobrego kina, które choć arcydziełem nie jest, to daje dużo satysfakcji, szczególnie dla kogoś, kto na komiksach się wychował.
Skoro już mowa o cofaniu się w czasie do dzieciństwa, to pojawić się tutaj musi kolejny film, tym razem dotyczący właśnie czasu. "Looper", przetłumaczony u nas jako "Pętla czasu" okazał się dla mnie totalnym zaskoczeniem i bardzo ciekawie wyglądało moje zapoznanie się z tym filmem, gdyż za pierwszym razem uznałem go za film totalnie nieciekawy, a za drugim za film prawie że genialny. Skąd taka zmiana poglądów? Nie wiem. Być może nie zrozumiałem go za pierwszym razem, a być może nie podpasował mi dziwny klimat.
"Looper" był naprawdę ciekawym pomysłem na pokazanie problematyki podróży w czasie i próbą poradzenia sobie z paradoksami, które mogą z takich hipotetycznych podróży wynikać. Co ciekawe, wyszedł z tego obronną ręką, gdyż to chyba jeden z nielicznych filmów, który do tej tematyki podszedł bardzo poważnie. W "Looperze" nie ma świecącego DeLoreana, jest za to brudny i brutalny świat, a samo przeskoczenie w czasie to nie zabawa. Również sama technologia służąca do takich podróży jest zgoła odmienna, niż przyzwyczaiły do nas inne filmy. Historia niesamowita, niesamowicie oryginalny pomysł, który z początku może trochę odrzucić bardzo ciężkim klimatem, ale o to właśnie w tym filmie chodziło. Bezapelacyjnie jeden z najlepszych filmów traktujących o podróżach w czasie. Looper został również rewelacyjnie zagrany, świadczyć może choćby o tym fakt, że mieliśmy w nim Bruce'a Willisa, który nie grał Bruce'a Willisa. Również to czego dokonano z Josephem Gordonem Lewittem było mistrzowskie, wlicząjąc w to jego grę jak i charakteryzację. Doskonały film, który niewątpliwie obejrzę kiedyś ponownie.
Z podróży w czasie przeskakujemy teraz do przyszłości i tematu klonowania ludzi, czyli do "Obliviona" (w Polsce "Niepamięć"). Szczerze mówiąc, nie wiem do dziś, dlaczego ten film zebrał tak słabe recenzje, gdyż jak dla mnie, był on jednym z lepszych filmów o tego typu tematyce. Mieliśmy zatem tutaj pięknego jak zawsze Toma Cruise'a i świat przyszłości. Świat, który został w tym filmie pokazany wręcz fenomenalnie. "Oblivion" zauroczył mnie koncepcyjnie i wizualnie już od pierwszych kadrów, a twórcom udało się wręcz wyczarować na ekranie całkowicie inny świat, który wciąga, przeraża i fascynuje. "Oblivion" dla oka był prawdziwą ucztą - strona techniczna tego filmu mnie zwyczajnie wcisnęła w fotel.
Również historia przedstawiona w filmie wciągnęła mnie tak jak za dawnych czasów, gdy za dzieciaka oglądało się pierwsze, wypożyczone z wypożyczalni VHS tytuły z gatunku s-f. Druga połowa filmu jednak niestety poleciała już w trochę innym kierunku, co nie zmienia jednak faktu, że historia to doskonała i zaskakująca, ale to już chyba wie każdy kto oglądał i dotrwał do końca, przekonując się, że świat jest inny, niż nam się wydawało. Trochę to przerażająca wizja, ale jakże adekwatna, nawet do naszych obecnych czasów, bo czyż nie jesteśmy zniewoleni i oszukiwani na każdym kroku?
Oszukał za to system Matt Damon w najnowszym filmie Neilla Blomkampa, czyli w "Elysium".
Twórca rewelacyjnego "District 9" swoim najnowszym filmem nie przebił swojego poprzedniego dzieła, ale stworzył za to film niesamowicie wciągający i fascynujący od strony "technologicznej". I tak jak w przypadku Dystruktu pod przykrywką kosmitów poruszone zostały problemy społeczne i imigracyjne, tak i tutaj mieliśmy próbę zmierzenia się z problematyką społeczną, tym razem jednak nie z imigrantami, ale z problemem podziału na biednych i bogatych. Świat przedstawiony w filmie pokazał nam jak to może wyglądać w przyszłości i jak wygląda obecnie. Świat ten został na ekranie wykreowany wręcz perfekcyjnie, gdyż to co zobaczyłem w "Elysium" poraziło moje zmysły. Ten film jest brudny, ciężki i fenomenalnie zaprojektowany od strony "technologicznej".
To co zobaczyłem na ekranie, począwszy od koncepcji tytułowego Elysium (czym było Elysium wie ten, kto film obejrzał), poprzez "wspomagany pancerz" Matta Damona, a kończąc na gadżetach agenta Krugera sprawił, że poczułem się jak w swoim żywiole. To jak najbardziej moje ukochane "klimaty", a reżyser wydał mi się przeczytać w myślach. Film nie urzekł się naturalnie kilku błędów, a rola Jodie Foster trochę drażniła, za to reszta aktorów spisała się wyśmienicie, szczególnie świetnie wystylizowany ogolony na łyso Matt Damon z "przyspawanym" pancerzem oraz znany z "Dystrykta dziewiątego" - Sharlto Copley , który zagrał tutaj totalnie szaloną rolę agenta Krugera. Rewelacyjny film, który urzekł mnie bez reszty i sprawił, że uwierzyłem, że "harde" s-f jeszcze nie umarło.
Z orbity wracamy na Ziemię, zostawiamy problemy społeczne i lecimy w ROZMIAR. Nietrudno chyba się domyślić, że będzie o "Pacific Rim", który sprawił, że poczułem się znowu jak dzieciak, oglądający z kumplami pierwszego "Robot Joxa" na wypożyczonym VHS-ie. Twórca wspaniałego "Labiryntu Fauna" zmienił klimaty i poleciał w tematy ogromnych bojowych maszyn kroczących, potocznie zwanych mechami. Wyszło mu to rewelacyjnie, gdyż to co miałem okazję zobaczyć na ekranie sprawiło, że moja szczęka co i raz musiała być zbierana z kinowej podłogi. Del Toro stworzył na ekranie prawdziwą magię. Rozmiar i moc - tak genialnego przedstawienia tych dwóch atrybutów do tamtego czasu w kinie nie widziałem. "Pacific Rim" sprawił, że na nowo musiałem sobie zdefiniować czym są efekty specjalne.
Zdarzyło mi się to jeszcze raz w tym roku, za sprawą jeszcze innego filmu, ale o tym za chwilę. "Pacific Rim" to totalna jazda bez trzymanki przedstawiona w najbardziej widowiskowy sposób jaki tylko można sobie wyobrazić. Te mechy po prostu "żyły' na ekranie, realizm całości był tak duży, że ludzie po seansie w kinie przecierali oczy ze zdumienia. Do tego bardzo fajni aktorzy, których nie sposób było nie darzyć sympatią, przyjemna "lajtowa" historia, multum niesamowitej akcji i przepiękna muzyka, której sobie nawet ostatnio często słucham, gdyż zaopatrzyłem się w soundtrack. To wszystko sprawiło, że "Pacific Rim" stał się dla mnie jednym z najlepszych filmów tego roku i jednym z najbardziej spektakularnych widowisk jakie miałem okazję zobaczyć na dużym ekranie. Majstersztyk w każdym calu.
Wspomniałem przed chwilą, że definicję efektów specjalnych zmieniałem dwa razy - ten drugi raz był podczas seansu "Grawitacji". Film stosunkowo nowy, który zdążył już zebrać całą masę pochlebnych recenzji na wielu portalach poświęconych filmom. Ludzie, którzy odbyli seans z "Grawitacją" są zgodni co do jednego - oglądając ten film nie oglądasz Kosmosu, oglądając ten film JESTEŚ w Kosmosie. To co zrobiła ze mną "Grawitacja", nie sprawił żaden inny film, sprawił, że poczułem się jakbym tam był. I pomimo tego, iż fabularnie jest to film nie najwyższych lotów, to wizualnie poraża. Poraża i przeraża, od strony technicznej jest to niewątpliwie kamień filmowy w kinie. Oglądając go, naszła mnie myśl, że skoro coś tak rewolucyjnego powstało teraz, to czym uraczy nas kino w najlepszych latach, gdy technologia pójdzie jeszcze bardziej do przodu.
Jak widać, dużo tego dobrego było w ostatnim czasie, a twórcy nie próżnowali. Nie ukrywam, że mnie to cieszy, gdyż jak napisałem na początku jestem ogromnym fanem tego gatunku i każdy produkt z branży s-f sprawia, że uśmiecha mi się morda. A jeśli są to filmy takie jak tutaj wspomniane to morda cieszy się już maksymalnie szeroko. Miejmy nadzieję, że filmowcy nie spoczną na laurach i wciąż będą powstawać filmy warte uwagi, czego i sobie i wszystkim życzę. A co ciekawego czeka nas w tej materii w najbliższym czasie? Za rok o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będziemy mieć nowego "Robocopa", który jednak jak dla mnie jest zupełnie niepotrzebny i napewno oryginałowi Verhovena nawet nie dorośnie do pięt. Niejaki "Prototype" też za rok będzie mieć premierę, a sądząc po trailerach, pomysł jest dość ciekawy. No cóż, poczekamy, zobaczymy. A tymczasem polecam wybrać się na "Grawitację" w 3D o ile ktoś jeszcze nie był, bo w 2D na domowym kinie już później tego efektu nie przeżyjecie.
wtorek, 5 listopada 2013
Star Trek i Star Trek-Into Darkness
Z góry zaznaczam, iż tekst na pewno nie będzie obiektywny, a to z jednego prostego powodu - od dziecka kocham Star Treka. Tym samym, nie mógłbym napisać niczego złego o filmie, w którym pojawia się znajomy stąd i z owąd USS Enterprise. Tak to już jest z uniwersum Star Treka, że albo się to kocha, albo się tego nienawidzi - ja na szczęście należę do tej pierwszej grupy. Star Trek to moja młodość i wspomnienia o starych, dobrych, beztroskich czasach. Nigdy nie zapomnę tego jak po szkole wracało się do domu, żeby usiąść przed telewizorem i obejrzeć kolejny odcinek przygód załogi Enterprise. I choć wolałem serie z przygodami kapitana Pickarda, a nie kapitana Kirka, to i tak na pierwsze doniesienia o nowym Star Treku uśmiechnęła mi się morda.
Pamiętam, że nie mogłem doczekać się premiery i śledziłem wszystko co było związane z tym filmem. A dlaczego piszę o tym dopiero teraz, skoro oba filmy premierę miały już kawałek czasu temu? Ano dlatego, że sobie je ostatnio odświeżyłem i podczas oglądania miałem znowu taką samą frajdę jak wtedy, gdy za pierwszym razem obejrzałem je w kinie.
Więc co jest takiego fajnego w tych obu filmach? Jak dla mnie - wszystko. Począwszy od uniwersum jakie jest w nich przedstawione, poprzez przepiękną oprawę, a kończąc na świetnie nakreślonych bohaterach, których się po prostu uwielbia i nie sposób im nie kibicować. No i USS Enterprise - kultowa maszyna, której dzięki Bogu J.J. Abrams nie zmienił ani trochę od czasów serialu. Czym by jednak był statek bez swojej załogi? I tutaj też chwała Abramsowi, że nie zdecydował się na pokazanie jakiś zupełnie innych bohaterów, a za to postanowił pokazać nam "początki" starej, poczciwej ekipy dowodzonej przez kapitana Jamesa Kirka. Strzał w dziesiątkę! Zobaczyć Kirka, Spocka i całą resztę w czasach, gdy jeszcze byli młodzi? O tak.
I tak też rozpoczyna się pierwszy nowy Star Trek. Poznajemy (przyszłego) kapitana Kirka możnaby powiedzieć, że od kołyski, gdyż jesteśmy świadkami jego narodzin. Narodzin nie takich dość łatwych, gdyż mających miejsce w dość niesprzyjających warunkach, podczas których to w dodatku śmierć ponosi jego ojciec. Następnie jesteśmy świadkami jego dorastania i dowiadujemy się, jaki to za młodu był z niego wariat i łobuziak. Poznajemy też młodego Spocka i mamy okazję przekonać się na własne oczy jak wyglądało jego dzieciństwo na planecie Volcan. Epizody te, choć krótkie, to jednak w przemyślany sposób pokazują nam, co tak naprawdę ukształtuje naszych przyszłych bohaterów i sprawi, że staną się tacy, a nie inni.
To co jest genialne, to relacja pomiędzy Kirkiem i Spockiem. Dwaj wrogowie z początku, dwóch rywalizujących ze sobą osobników, a jednak szanujących się nawzajem stanie się w przyszłości przyjaciółmi, gdzie jeden za drugiego będzie skłonny oddać swoje własne życie. Również rodzące się relacje pomiędzy całą resztą przyszłej załogi USS Enterprise są przedstawione wyśmienicie. I co najlepsze, często dość humorystycznie, co ogląda się naprawdę przednio. Na uwagę zasługuje szczegółnie przyszły pierwszy oficer medyczny, czyli dr McCoy, którego "opiekuńczość" momentami wywołuje wręcz pozytywny uśmiech na twarzy. Postacie są super, bohaterowie z krwi i kości, a każdy z nich z własnym charakterem i swoją (czasem większą, a czasem mniejszą) rolą do spełnienia. Duża w tym zasługa aktorów, którzy zostali dobrani wręcz idealnie. I choć nic nie zastąpi ekipy z serialu, to "młodzi" już od pierwszego kadru kradną ekran i wzbudzają w widzu swoją sympatię.
Warstwa wizualna tego wszystkiego jest natomiast na bardzo wysokim poziomie, jest taka jaka powinna być, a efekty nie męczą wzroku. Jedynym mankamentem może być dla niektórych tak uwielbiony przez Abramsa "efekt flary", ale to akurat do Star Treka pasuje i dodaje fajnego, ciepłego klimatu do całości. Od strony technicznej jest świetnie, a nowy Enterprise błyszczy i wciąż robi kolosalne wrażenie, jak za dawnych czasów. Wszystko jest na swoim miejscu, takie jak być powinno. Na uwagę zasługuje również kolorystyka (szczególnie w Into Darkness), piszę tutaj szczególnie o samym początku filmu, gdzie przedstawiona planeta wręcz poraża swoimi kolorami. Jedyne do czego można by się przyczepić to futurystyczne miasta - pomimo, iż piękne wizualnie, to jednak czegoś tam brakuje. No, ale to tylko mało istotny szczegół, który absolutnie nie wpływa na całą resztę.
A warstwa fabularna? Tutaj cudów nie ma. Zresztą nie spodziewałem się tutaj żadnego arcygenialnego scenariusza. Historia jest taka jaka być powinna. Zarówno w "Star Treku" jak i w "Start Trek: Into Darkness" nie uświadczymy żadnego wybitnego skryptu, ale nie o to w tym chodzi. Jest tak jak być powinno - lekko, przyjemnie i sympatycznie, a momentami epicko, jak to u Abramsa bywa. Szczerzę mówiąc dziwią mnie słabe opinie o tych filmach i zarzucanie im tego, że nic wielce ambitnego swoimi historiami nie wnoszą, bo przecież właśnie takie miały one być. To miała być przygoda i ponowne spotkanie z załogą kosmicznego statku. I udało się to wyśmienicie, gdyż oba nowe Star Treki to przede wszystkim świetna, nieskrępowana niczym zabawa i powrót wspomnieniami do dawnych czasów. Polecam każdemu, kto jeszcze nie oglądał nowych Star Treków, nawet tym, którzy nigdy ze Star Trekiem i jego światem nigdy do tej pory styczności nie mieli. Ubawicie się na tych filmach nieziemsko, dosłownie i w przenośni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























