wtorek, 5 listopada 2013

Star Trek i Star Trek-Into Darkness

Z góry zaznaczam, iż tekst na pewno nie będzie obiektywny, a to z jednego prostego powodu - od dziecka kocham Star Treka. Tym samym, nie mógłbym napisać niczego złego o filmie, w którym pojawia się znajomy stąd i z owąd USS Enterprise. Tak to już jest z uniwersum Star Treka, że albo się to kocha, albo się tego nienawidzi - ja na szczęście należę do tej pierwszej grupy. Star Trek to moja młodość i wspomnienia o starych, dobrych, beztroskich czasach. Nigdy nie zapomnę tego jak po szkole wracało się do domu, żeby usiąść przed telewizorem i obejrzeć kolejny odcinek przygód załogi Enterprise. I choć wolałem serie z przygodami kapitana Pickarda, a nie kapitana Kirka, to i tak na pierwsze doniesienia o nowym Star Treku uśmiechnęła mi się morda.

Pamiętam, że nie mogłem doczekać się premiery i śledziłem wszystko co było związane z tym filmem. A dlaczego piszę o tym dopiero teraz, skoro oba filmy premierę miały już kawałek czasu temu? Ano dlatego, że sobie je ostatnio odświeżyłem i podczas oglądania miałem znowu taką samą frajdę jak wtedy, gdy za pierwszym razem obejrzałem je w kinie.

Więc co jest takiego fajnego w tych obu filmach? Jak dla mnie - wszystko. Począwszy od uniwersum jakie jest w nich przedstawione, poprzez przepiękną oprawę, a kończąc na świetnie nakreślonych bohaterach, których się po prostu uwielbia i nie sposób im nie kibicować. No i USS Enterprise - kultowa maszyna, której dzięki Bogu J.J. Abrams nie zmienił ani trochę od czasów serialu. Czym by jednak był statek bez swojej załogi? I tutaj też chwała Abramsowi, że nie zdecydował się na pokazanie jakiś zupełnie innych bohaterów, a za to postanowił pokazać nam "początki" starej, poczciwej ekipy dowodzonej przez kapitana Jamesa Kirka. Strzał w dziesiątkę! Zobaczyć Kirka, Spocka i całą resztę w czasach, gdy jeszcze byli młodzi? O tak.

I tak też rozpoczyna się pierwszy nowy Star Trek. Poznajemy (przyszłego) kapitana Kirka możnaby powiedzieć, że od kołyski, gdyż jesteśmy świadkami jego narodzin. Narodzin nie takich dość łatwych, gdyż mających miejsce w dość niesprzyjających warunkach, podczas których to w dodatku śmierć ponosi jego ojciec. Następnie jesteśmy świadkami jego dorastania i dowiadujemy się, jaki to za młodu był z niego wariat i łobuziak. Poznajemy też młodego Spocka i mamy okazję przekonać się na własne oczy jak wyglądało jego dzieciństwo na planecie Volcan. Epizody te, choć krótkie, to jednak w przemyślany sposób pokazują nam, co tak naprawdę ukształtuje naszych przyszłych bohaterów i sprawi, że staną się tacy, a nie inni.

To co jest genialne, to relacja pomiędzy Kirkiem i Spockiem. Dwaj wrogowie z początku, dwóch rywalizujących ze sobą osobników, a jednak szanujących się nawzajem stanie się w przyszłości przyjaciółmi, gdzie jeden za drugiego będzie skłonny oddać swoje własne życie. Również rodzące się relacje pomiędzy całą resztą przyszłej załogi USS Enterprise są przedstawione wyśmienicie. I co najlepsze, często dość humorystycznie, co ogląda się naprawdę przednio. Na uwagę zasługuje szczegółnie przyszły pierwszy oficer medyczny, czyli dr McCoy, którego "opiekuńczość" momentami wywołuje wręcz pozytywny uśmiech na twarzy. Postacie są super, bohaterowie z krwi i kości, a każdy z nich z własnym charakterem i swoją (czasem większą, a czasem mniejszą) rolą do spełnienia. Duża w tym zasługa aktorów, którzy zostali dobrani wręcz idealnie. I choć nic nie zastąpi ekipy z serialu, to "młodzi" już od pierwszego kadru kradną ekran i wzbudzają w widzu swoją sympatię.

Warstwa wizualna tego wszystkiego jest natomiast na bardzo wysokim poziomie, jest taka jaka powinna być, a efekty nie męczą wzroku. Jedynym mankamentem może być dla niektórych tak uwielbiony przez Abramsa "efekt flary", ale to akurat do Star Treka pasuje i dodaje fajnego, ciepłego klimatu do całości. Od strony technicznej jest świetnie, a nowy Enterprise błyszczy i wciąż robi kolosalne wrażenie, jak za dawnych czasów. Wszystko jest na swoim miejscu, takie jak być powinno. Na uwagę zasługuje również kolorystyka (szczególnie w Into Darkness), piszę tutaj szczególnie o samym początku filmu, gdzie przedstawiona planeta wręcz poraża swoimi kolorami. Jedyne do czego można by się przyczepić to futurystyczne miasta - pomimo, iż piękne wizualnie, to jednak czegoś tam brakuje. No, ale to tylko mało istotny szczegół, który absolutnie nie wpływa na całą resztę.


A warstwa fabularna? Tutaj cudów nie ma. Zresztą nie spodziewałem się tutaj żadnego arcygenialnego scenariusza. Historia jest taka jaka być powinna. Zarówno w "Star Treku" jak i w "Start Trek: Into Darkness" nie uświadczymy żadnego wybitnego skryptu, ale nie o to w tym chodzi. Jest tak jak być powinno - lekko, przyjemnie i sympatycznie, a momentami epicko, jak to u Abramsa bywa. Szczerzę mówiąc dziwią mnie słabe opinie o tych filmach i zarzucanie im tego, że nic wielce ambitnego swoimi historiami nie wnoszą, bo przecież właśnie takie miały one być. To miała być przygoda i ponowne spotkanie z załogą kosmicznego statku. I udało się to wyśmienicie, gdyż oba nowe Star Treki to przede wszystkim świetna, nieskrępowana niczym zabawa i powrót wspomnieniami do dawnych czasów. Polecam każdemu, kto jeszcze nie oglądał nowych Star Treków, nawet tym, którzy nigdy ze Star Trekiem i jego światem nigdy do tej pory styczności nie mieli. Ubawicie się na tych filmach nieziemsko, dosłownie i w przenośni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz